Christina Perri - A Thousand Years
25 grudnia w
tym roku nie wywołał entuzjazmu w Ithaca. Mimo, że choinka została ubrana, a
prezenty opakowane w czerwony, świecący papier to żaden z Cullenów nie miał
ochoty na świętowanie. Wprawdzie Allie próbowała wykrzesać z najbliższych
odrobinę świątecznej werwy, to tylko Rosalie uległa siostrze. Dzień chylił się
już ku zachodowi, gdy pod domem zatrąbił klakson nieznanego samochodu. W tej samej
chwili wszyscy Cullenowie znaleźli się przed domem z dość zdezorientowanymi
minami, gdy nagle drzwi się otworzyły, a z auta wyłoniła się Viviene ubrana w przeuroczy
czerwony trencz, czarną sukienkę i wysokie szpilki.
- Wesołych świąt kochani! – zawołała z
uśmiechem na twarzy.
- Vivi?! – odezwała się oniemiała Alice,
rzucając się w ramiona siostry. – Ale niespodzianka, nie wiedziałam, że
przyjedziesz.
- Wiem – odparła z chichotem ciemnowłosa. –
Poniekąd właśnie na tym mi zależało.
- Kochana moja – przywitała się mama z
przybyszem. – Nawet nie wiesz, jaka to radość Cię widzieć.
- Nie mogłabym zostać tam sama na święta, to
taki rodzinny czas – powiedziała Viviene, całując w policzek ojca. – Cześć
Carlisle.
- Cieszę się, że jesteś córeczko – dodał
mężczyzna z ulgą w głosie.
- Czy mnie moje wampirze oczy mylą? Na mą
duszę to Viviene, moja zbuntowana siostra? – Na horyzoncie pojawił się Emmett -
domowy troglodyta wraz z żoną i Jasperem.
- Witam brata – odpowiedziała dziewczyna i
przytuliła się do wampira. – Cześć siostrzyczko, witaj Jazzi.
- Ty to potrafisz zrobić wejście – stwierdził
Jasper. – Nie mniej jednak jestem zaskoczony, że przechytrzyłaś moją żonę.
- Zaczynam się w tym specjalizować – dodała z
chichotem. – Ale my tu gadu gadu, a prezenty w bagażniku. Emmett pomożesz mi?
- Jasne – przyznał chłopak i od razu znalazł
się za samochodem.
- To co, świętujemy? – zaproponowała Allie. –
Tylko nie mówcie, że nie bo nie ręczę za siebie. W końcu Elen przyjechała z
samej Syberii…
- Hej, hej, hej – przerwała jej oburzona
dziewczyna. – To nie Syberia moja droga, to spełnienie moich marzeń –
westchnęła na samo wspomnienie swojej samotni.
- Ukończyłaś remont? – Pochwyciła jej myśl
Esme.
- Dwa dni temu – odparła dumna. – I jest
piękny.
- Dobra – wtrącił Carlisle. – Pogadamy w domu,
nie możemy tak stać na dworze, co sąsiedzi pomyślą.
- A my w ogóle mamy sąsiadów? – odezwał się
Emmett rozglądając dookoła.
Rodzina
zaniosła się radosnym śmiechem i weszła do domu by rozpocząć obchody Bożego
Narodzenia.
~*~
W tym roku mama darowała sobie wieczerzę, więc
jedynie raczyliśmy się krwią pumy i lwa górskiego z kryształowych kieliszków.
Cały czas rozmawialiśmy, a właściwie ja mówiłam o tym, co robiłam w Norwegii -
opisywałam nowy dom oraz pokazywałam zdjęcia. Później Cullenowie opowiadali co
też zmieniło się w Ithaca przez trzy tygodnie. Kiedy jednak skończyliśmy
pogaduchy, bez ogródek zmieniłam temat, ponieważ czułam, że muszę.
- Czy Edward dzwonił? – zapytałam spoglądając
na Allie.
Moja siostra
speszyła się nieco pytaniem, przywarła mocniej do Jaspera i powiedziała ze
smutną miną.
- Zadzwonił w dniu kiedy wyleciałaś do Europy.
- A z tobą się kontaktował? – wtrąciła się
Esme z nadzieją.
Spojrzałam
matce w oczy i to co w nich ujrzałam zabolało i mnie. Nieświadomie z dużą siłą
naparłam na kryształowy kieliszek, a do moich uszu dobiegł cichy chrupot
pękającego szkła. Na szczęście w porę się zorientowałam, a właściwie Jasper,
który posłał w moim kierunku falę spokoju.
- Nie – odpowiedziałam jak gdyby nigdy nic, po
czym upiłam łyk krwi. – No cóż trudno, to co otwieramy prezenty?
- TAK! – krzyknął Emmett, jak pięcioletni
chłopiec.
- W takim razie otwórzcie te ode mnie, a ja
zaraz wracam – powiedziałam i wampirzym tempem ruszyłam do swojego pokoju.
Tam już bez
problemu zlokalizowałam swój telefon i wybrałam numer, którego nie używałam od
dobrych kilku tygodni. Zniecierpliwiona czekając na połączenie wybijałam
palcami nerwowy rytm na komodzie, na szczęście nie zrobiłam przy tym dziur. Nie
zdziwiłam się, gdy po dwóch sygnałach przywitał mnie wkurzający dźwięk
automatycznej sekretarki.
- Wesołych
świąt Edwardzie – odezwałam się najbardziej zjadliwym tonem na jaki było mnie
stać. – Ja wiem, że jesteś teraz bardzo zajęty i nie masz czasu na tak banalną
czynność, jak wybranie numeru telefon do własnej siostry, ale wiesz co? Mną się
nie musisz przejmować, ja sobie poradzę, ale Esme już nie. Więc z łaski swojej
rusz dupę i chociaż raz zachowaj się odpowiednio, są święta, zrób to co
powinieneś.
Rozłączyłam
się i głośno wypuściłam powietrze z płuc. Zrobiłam to, co już od bardzo dawna
chciałam zrobić, ale brakowało mi odwagi. Właściwie to nie chciałam mu
przeszkadzać, w końcu chciał być sam, ale w dniu dzisiejszym miarka się
przebrała. Skoro ja mogłam przelecieć prawie 9000 kilometrów, to dlaczego i on
nie mógłby się postarać o jeden telefon do matki. Kochałam rodziców i
rodzeństwo, ale niestety dla swojego i ich dobra musiałam na jakiś czas zmienić
klimat i otoczenie. Na wieść o wyprowadzce na drugi koniec świata jak to określił Emmett, najbardziej przykro
było oczywiście Esme, która jak wspomniał Jasper traciła kolejnego członka rodziny.
- Mamuś – powiedziałam do rodzicielki z
uśmiechem, gdy przyszedł czas pożegnania. – Wyjeżdżam tylko na kilka miesięcy,
nie martw się wrócę do domu, do was. Potrzebuje teraz… trochę spokoju.
- Wiem kochanie – odparła kobieta. – Ale dla
matki taki wyjazd…, no może kiedyś zrozumiesz.
- Na pewno – dodałam i przytuliłam się do
niej. – Mam nadzieję, że na walentynki odwiedzicie mnie z tatą.
- A chciałabyś? – wtrąciła z lekkim
niedowierzaniem.
- Mamo – pokręciłam głową. – Zawsze będziecie
mile widziani, gdziekolwiek bym nie była. Wszyscy.
- Ale dlaczego tak daleko?
- Uwielbiam ten kraj – wyjaśniłam. – Z resztą
jak przyjedziecie przekonasz się sama.
Mój wzrok
padł na stolik nocny, gdzie oprócz wazonu ze świeżymi kwiatami białej lilii
stała ramka ze zdjęciem na której uwiecznieni byli wszyscy członkowie naszej
rodziny. Z uśmiechem na buzi przypomniałam sobie sesję zdjęciową, która odbyła
się dokładnie w rok po tym jak dołączyłam do rodziny Cullen.
- Emmett! – warknął Jasper, kiedy mięśniak
próbował mu dorobić rogi. – Ale z ciebie dzieciak!
-
Dzieciak?! – Oburzył się ten pierwszy. – To ty się nie znasz na zabawie.
- Jazz, pozwól małemu Emmecikowi na odrobinę rozrywki – droczył się Edward.
- Możemy już robić to zdjęcie – zaczęła
marudzić Rosalie.
- No właśnie – potwierdziła Alice. – O
czwartej mamy jechać do Seattle na zakupy.
- Elen jesteś gotowa? – zapytał Carlisle
obejmując Esme.
- Jestem, jestem – odpowiedziałam patrząc w
obiektyw. – Pięć sekund, cztery…
Klik.
- Viviene – odezwał się za mną męski baryton,
który od razu sprowadził mnie na ziemię. – Wszystko w porządku?
- Tak tato, wszystko w najlepszym porządku –
odpowiedziałam i zmieniłam temat. – Już rozpakowaliście wszystkie prezenty?
- Jeszcze nie – wtrącił z uśmiechem. – Twój
brat ma niezłą radochę z tego zdalnie sterowanego helikoptera.
- Cieszę się, że mogłam mu sprawić przyjemność
– ruszyłam w kierunku korytarza, jednak ojciec chwycił mnie za rękę.
- Elen – zaczął. – Naprawdę Edward nie
kontaktował się z tobą?
- Przecież mówiłam, że nie – potwierdziłam. –
Dlaczego nadal dążysz ten temat?
- Chciałem się upewnić – wyjaśnił wzdychając
ciężko. – Esme bardzo to przeżywa, z resztą sama widziałaś…
- Wiem tato – posmutniałam. – Jednak nic nie
mogę zrobić, nawet gdybym chciała.
- To wielka radość dla nas, że postanowiłaś
przyjechać.
- To niezbity dowód tato, że z naszej dwójki
ja mam jeszcze serce – wtrąciłam.
- Viviene…
- Nie broń go – powiedziałam nad wyraz
spokojnie. – Sam wybrał swój los, ostrzegałam, błagałam żeby tego nie robił.
- No i nie posłuchał – dodał Carlisle z bladym
uśmiechem. – Ale masz rację to jego wybór, który musimy zaakceptować.
- Nie inaczej – szepnęłam. – Wracajmy na dół,
muszę zobaczyć twoją minę jak rozpakujesz swój prezent tato.
- Chyba już nic mnie nie zdziwi – zaśmiał się
Cullen.
- Zobaczymy – zawtórowałam.
~*~
Te kilka dni
spędzone wśród rodziny były dla mnie, jak zastrzyk pozytywnej energii, ponownie
jak za dawnych czasów śmialiśmy się i żartowaliśmy, czasami nawet z nieobecnego
Edwarda. Naprawdę żałowałam, że mojego starszego brata nie było wtedy z nami,
ale niestety nie można mieć wszystkiego.
Ku mojemu
zdumieniu na kilka minut przed północą jeszcze w Boże Narodzenie zadzwonił
telefon mamy, jak się zaraz potem okazało dzwonił Edward życząc nam pogodnych i
radosnych świąt. Jego życzenia wywołały niezłe zamieszanie w domu, bo nagle
każdy chciała z nim zamienić choćby słowo. Nie wiedziałam czy mój braciszek sam
wpadł na tak znakomity pomysł, czy jednak był to efekt mojego wcześniejszego
zjadliwego telefonu. Z zaśnieżonego tarasu ze spokojem przyglądałam się, jak
Esme rozmawia ze synem, jak na jej twarzy pojawia się prawdziwy uśmiech.
To był
prezent, najpiękniejszy jaki tylko Edward mógł jej dać. Odruchowo potarłam
odsłonięte ramiona wpatrując się w świetlistą tarczę księżyca. Chwilę później
ponownie zaczął prószyć śnieg. Małe lodowe płatki powolnym ruchem kołysały się
na wietrze, pokrywając ziemię kolejną warstwą zimowej pierzynki. Gdy kilka
pierwszych z nich spadło na moją wyciągniętą dłoń nie rozpuściło się. Dzięki
swojemu wampirzemu wzrokowi mogłam dostrzec każdą gwiazdkę o nad wyraz
skomplikowanej strukturze, każdą postrzępiona przez mróz krawędź bajecznej
układanki w której światło księżycowej poświaty odbijało się od lodowych
płatków tworząc ośmiokolorową tęczę.
Coś wspaniałego – pomyślałam.
Jednakże w
tamtej chwili, podczas wpatrywania się w magiczne płatki śniegu poczułam, że bardzo
chciałabym je podziwiać właśnie z osobą, która nigdy w życiu nie ujrzała by
tego opadu w taki sposób w jaki ja go dostrzegam. Mogłabym opisać mu moje
spostrzeżenia, tak jak to robiłam już z wodą, śpiewem ptaków czy wiatrem
kołyszących drzew.
Ciepło brązowych
oczu, nastroszona blond czupryna, uśmiech dziecka i charakterystyczny rytm
bijącego serca, taki obraz Willa miałam właśnie przed sobą. I taki obraz dość
często powracał w mojej pamięci, właściwie to najchętniej wspominałam spędzone
wspólnie chwile na rozmowach, spacerach ale też te spędzone w ciszy czy na
głupich kłótniach. Na mojej buzi pojawił się uśmiech, ale zaraz potem zgięłam
się wpół przez nagły przypływ bólu rozrywającego moje wnętrzności.
Najszybciej
jak tylko było można zniknęłam z pola widzenia swojej rodziny i przemieściłam
się do swojego samochodu, który stał zaparkowany przed domem. Ból wprawdzie
zelżał, ale nadal czułam bolesne pozostałości ataku. Przymknęłam powieki,
położyłam swoją dłoń na niebijącym sercu i powoli wdychałam mroźne powietrzne.
Obrzeża wirtualnej rany ponownie zaczęły dać o sobie znać, szykowałam się na
ponowną falę psychicznego cierpienia.
Wiedziałam,
że nie będzie mi łatwo zaraz po tym, jak Edward zostawił Bellę, ale niestety
czasami miałam tego dość. Zwykle potrafiłam nad tym panować, nie poddać się,
jednak dzisiaj było inaczej, po prostu nie dawałam rady. Tęsknota i ból był
silniejszy, ponieważ prócz emocji mojego brata poczułam i swoje. Po raz
pierwszy byłam ich tak naprawdę świadoma, świadoma utraty najlepszego
przyjaciela, chłopaka który zmienił moje życie, który sprawił, że ponownie
zaczęłam samodzielnie oddychać.
Nie wiem dlaczego, chwilę później
grzebałam w schowku samochodowym w poszukiwaniu zapasowego telefonu
komórkowego. Nie myślałam w tamtej chwili trzeźwo, ponieważ napisałam i
wysłałam dwie wiadomości tekstowe o takiej samej treści – wesołych i spokojnych świąt. Bez podpisu, dodatkowych ceregieli, ja
po prostu czułam potrzebę zbliżenia się z ludźmi, których najbardziej
zawiedliśmy, zwłaszcza w taki dzień jak dziś. Do moich uszu doszedł dźwięk
dostarczonego smsa, a zaraz potem wyłożyłam kartę z telefonu i zniszczyłam ją.
W tamtej chwili miałam dosłownie gdzieś, co by powiedział Edward czy Alice na
to, co zrobiłam. W głębi serca wiedziałam, że nie mogłabym inaczej
postąpić.
~*~
Zostałam w Ithaca do nowego roku na prośbę Esme, której
nie potrafiłam dosłownie niczego omówić. Nie mogłam jednak przedłużyć swojego
pobytu z powodu pilnego wyjazdu tym razem do Londynu, gdzie za kilka dni miał
odbyć się Bal Założycieli Londynu. Przyjęłam już wcześniej zaproszenie od
Damona i niestety nie wypadało mi się z niego wykręcić w ostatniej chwili,
zwłaszcza że obiecałam mu
towarzyszyć.
Gdy przyleciałam do Londynu jeszcze przed przyjazdem do Wantsworth
musiałam udać się na zakupy, ponieważ nie miałam aktualnie żadnej kreacji na
bal. Ruszyłam zatem na Knightsbridge, gdzie zamierzałam znaleźć dla siebie coś
odpowiedniego na taką uroczystość. Nigdy nie brałam udziału w tak wystawnym
przedsięwzięciu, zwłaszcza organizowanym przez ogromną liczbę wampirzych
arystokratów. Dość szybko zdecydowałam się na długą z koronkowymi rękawami,
złocisto-beżową suknię z krótkim trenem, jednego z moich ulubionych projektantów.
A dwie godziny później zmierzałam do zabytkowego dworku Salvatore w Kingston upon Thames, oddalonego o czterdzieści
kilometrów od Londynu.
Gdy tylko zajechałam pod rezydencję sam Damon wyszedł mi
naprzeciw i jak na dżentelmena przystało, szarmancko otworzył mi drzwi od
samochodu.
- Dobry wieczór –
przywitałam się, kiedy już wydostałam się z auta.
- Witaj Elen –
powiedział wampir i ucałował moją dłoń. – Cieszę się, że w końcu dotarłaś
szczęśliwie na miejsce.
- Tak więc tutaj uwiłeś
sobie gniazdko? – zapytałam zaciekawiona domem,
jaki zaczęłam podziwiać z zewnątrz. – Bardzo ładne miejsce.
- Wiedziałem, że
ci się spodoba – wtrącił wyjmując moje bagaże. – Sam wszystko urządzałem.
Automatycznie spojrzałam w jego szkarłatne tęczówki, by
wiedzieć czy rzeczywiście mówi prawdę. Ku mojemu zaskoczeniu tym razem nie
kłamał.
- Mieszkasz tutaj
sam? – wtrąciłam, kiedy chłopak zaprosił mnie gestem do środka.
Wnętrze utrzymane było w klasycznym, angielskim stylu – kominki, kasetony i ciemne
mahoniowe belki oraz drewniane podłogi. Dom na pierwszy rzut oka wydawał się
surowym wnętrzem i dość nieprzyjemnym, ale po pewnym czasie dało się do niego
przyzwyczaić.
- Czasami przyjmuję
gości – odpowiedział Damon. – Wiesz raz wpadnie Ariel czy inny normalny wampir,
kolejnym razem jakaś panna z ulicy, a czasami nawet i mój kochany brat z
małżonką.
- Stefan ożenił
się z Eleną? – Zdumiałam.
- A tego to ja nie
wiem – stwierdził. – Tak mi się powiedziało, a co zazdrosna jesteś?
Zrobiłam większe
oczy i zdzieliłam go przez ramię torebką.
- Bardzo śmieszne
– dodałam. – Bardzo.
- Przecież żartuję
Elen – zaśmiał się. – Chciałem jedynie zobaczyć twoją minkę.
- Zamiast nabijać
się ze mnie kolego – wtrąciłam zalotnie. – Lepiej pokaż mi wnętrze swojego
królestwa. Muszę przecież przygotować się na bal…
- Impreza jest
dopiero jutro, więc mamy sporo czasu – powiedział wampir. – Zaprowadzę cię
teraz do sypialni, jaką będziesz zajmować podczas wizyty tutaj, a gdy już się
zadomowisz oprowadzę cię po moich włościach, dobrze?
- Dziękuję –
dodałam i z uśmiechem podążyłam za chłopakiem.
~*~
Dom Damona był ewidentnie wielką rezydencją, chodź jak
sam przyznał dla niego to tylko taki domek,
ja uważałam co innego. Z daleka posiadłość nie wyglądała na kolos mieszkalny,
jaka później się oczywiście okazała – główna rezydencja, dom dla gości, dom dla
służby, garaże i pomieszczenia gospodarcze, a także ogromny ogród i stajnia. Co
mi się podobało to przede wszystkim prostota i surowość, jaka panowała we
większości pomieszczeń.
Mój pokój znajdował się na pierwszym piętrze na końcu
korytarza zaraz obok pokoju Salvatore. Standardowo w sypialni znalazło się
wielkie mahoniowe łoże z masywnymi kolumienkami i białymi moskitierami, komoda,
ogromne lustro oraz łazienka. Dwa duże okna zajmujące prawie trzy czwarte
północnej ściany wychodziły na idealnie zaśnieżony ogród oraz aleję
charakterystycznie przystrzyżonych lip, niestety bez liści.
Siedzieliśmy w salonie, gdzie Damon jak stwierdził
zazwyczaj przesiadywał tutaj sącząc Burbon i popadał w umysłowy letarg. Trzymałam właśnie w dłoni kieliszek czerwonego
wina, gdy mój przyjaciel zaczął się perfidnie na mnie gapić.
- O co chodzi? –
zapytałam wprost. – Jestem gdzieś brudna?
- Nie, skądże –
odpowiedział od razu. – Po prostu jesteś… śliczna.
Tym razem nie zganiłam go, tylko uśmiechnęłam się uroczo
za komplement powiedziany pod moim adresem.
- Wiem –
stwierdziłam z chichotem. – Ale mam prośbę, nie mów tak za często, bo popadnę
jeszcze w samo zachwyt.
- To Ci nie grozi
Elen – odwzajemnił mój uśmiech. – Wiesz, bałem się że jednak nie przyjedziesz,
po tym co powiedziałem…
- Powiedźmy, że ta
scena w lesie nie miała miejsca – wtrąciłam. – Faktycznie byłam na Ciebie zła,
ale jak dobrze wiesz nie potrafię się długo gniewać.
- Taa – odsapnął.
– Na to właśnie liczyłem.
Zaśmiałam się.
- Lepiej powiedź,
skąd dostałeś to zaproszenie na bal? – Byłam ciekawa.
- Gdybyś mieszkała
przez kilka lat w Londynie, a właściwie w Anglii, to prawdopodobnie też
otrzymałabyś takie zaproszenie – odpowiedział Damon. – A prawda jest taka, że
to całe założycielstwo to jedna wielka ściema.
- Ściema? –
Powtórzyłam.
- Znasz historię Londinium?
- Nie za bardzo –
dodałam zniesmaczona swoją niewiedzą.
- Według
historyków pierwsze ślady działalności osadniczej na terenie Londynu oraz w
jego pobliżu datuje się na lata 70-80 n.e na wzgórzach Cornhill i Ludgate Hill
– zaczął. – Odkryto tam pozostałości prawdopodobnie po rzymskim obozie
warownym, gdzie centrum Rzymianie oznaczyli Londinium - kamieniem Londyńskim,
który oczywiście do tej pory jest widoczny na Cannon Street.
- I? To wszystko?
- I to koniec
oficjalnej wersji – dopowiedział chłopak. – Prawda jest taka, że już przed
latami 70 n.e na terenie dzisiejszego Londynu panoszyły się wampiry żądne
jedynie krwi i mordu nawet w biały dzień. A ekspedycja Rzymian czytaj Volturi,
musiała zapobiec ujawnieniu, a co gorsza nie mogła dopuścić do całkowitego
wymarcia naszego gatunku, jednocześnie ich likwidując.
- Czekaj, czekaj
Volturi? – wtrąciłam oniemiała. – Chcesz powiedzieć, że te wszystkie podboje Imperium Rzymskiego to były
jedynie walki wampirów? Chęć panowania nad naszym gatunkiem?
- Raczej chęć
kontrolowania naszego gatunku kochana – wyjaśnił. – Ale nie jestem stanie odpowiedzieć Ci, czy wszystkie podboje
Rzymian były podbojami pod wodzą wampira. Chociaż istnieją przypuszczenia, że
sam Juliusz Cezar był dzieckiem nocy, niestety Brutus go przejrzał i zabił.
- Opowiadasz to
tak, jak bajkę na dobranoc – stwierdziłam. – Nigdy wcześniej nie spotkałam się
z taką wersją wydarzeń.
- Bo nieliczni o
tym wiedzą Elen – westchnął Salvatore. – W tamtych czasach jeszcze bardziej
bano się o ujawnienie niż teraz.
- Zawsze myślałam,
że najwięcej kłopotów Rodzina Królewska miała z Bułgarami i Meksykanami –
powiedziałam.
- Przez wieki
przed Chrystusem władza wampirza była dziedziczona na ziemiach Tracji – mówił
Salvatore. – Było nas zbyt mało, aby nawet myśleć o podbojach i władzy nad
światem. Kiedy jednak nasza rasa zaczęła się intensywnie rozmnażać…
- Doszło do zdrady,
wojny i walki – dokończyłam.
- Właśnie –
wtrącił. – Klan włoski siłą i bezwzględnością odebrał władzę Bułgarom, by na
wieki przejąć kontrolę nad naszymi pobratymcami. I tak oto ta sytuacja trwa po
dziś dzień, wprawdzie Bułgarzy nigdy się nie pogodzili z tą sytuacją, ale jak
na razie nikt nawet nie spróbował obalić władzy Volturi i chyba nikt tego nie
zrobi.
- Trochę dziwi mnie
twoja współpraca z Volterą – zauważyłam. – Przecież jesteś pełnokrwistym
Bułgarem…
- Owszem urodziłem
się w Bułgarii, ale zaraz potem przeprowadziliśmy się do Niemiec, gdzie
dorastałem ze Stefano. Potem faktycznie wróciłem do rodzinnego kraju, by
załatwić interesy dla ojca, zostałem trochę dłużej i… umarłem. Ale nie czuję
jakiegoś… powiązania, wampirzego patriotyzmu jeżeli oto pytasz.
- A twój brat?
- Chyba sama
zauważyłaś, że mój młodszy braciszek nie podziela rządzy władzy i przemocy
wobec kogokolwiek – odpowiedział z kpiącym uśmieszkiem. – Może czasami, jeżeli
chodzi o płeć piękną. Ale o tym ty wiesz raczej znacznie lepiej ode mnie,
prawda?
- Nie zaprzeczę –
zmarkotniałam. – Wydaje mi się jednak, że teraz Stef jest innym wampirem.
- Nie zaprzeczę –
powtórzył sarkastycznie.
- No dobra, ale co
to wszystko ma wspólnego z założycielami? – Powróciłam do tematu, przy okazji
przewróciłam oczami.
- Po podbojach
Rzymian ówczesny władca nakazał utworzyć stowarzyszenie na ziemiach
londyńskich, które miało strzec właściwego porządku wśród wampirów – wyjaśnił
brunet. – By sytuacja sprzed interwencji Volturi nigdy więcej się nie
powtórzyła.
- A powtórzyła
się? Kiedyś?
- Nigdy, ale musisz
wiedzieć, że rzeź w Meksyku była niczym w porównaniu do masakry w Londynie w
tamtym czasie – dodał. – Wampirów było więcej niż ludzi, zaczynało brakować
pożywienia…
- Rozumiem –
stwierdziłam kiwając głową. – Czyli ten bal to takie… przypomnienie pozycji arystokracji w naszym świecie, którego prawo
jest surowe, a jego niesubordynacja karana jest śmiercią?
- Lepiej bym tego
nie ujął Viviene – odpowiedział. – Jak już wcześniej ci wspominałem ta
maskarada nie jest organizowana co rok, a bycie na niej to prawdziwy zaszczyt.
- Nie wątpię –
sarknęłam. – Zatem idziesz tam po raz pierwszy?
- Owszem – odparł
wypinając dumnie pierś. – Taka okazja zdarza się raz na 250 lat.
- No proszę,
proszę – rzuciłam. – A wiesz może kiedy organizowany jest taki bankiet w
Stanach?
- Nie –
odpowiedział i zamyślił się. – Nawet nie wiem, czy w ogóle go organizują.
- Może nawet i
lepiej – westchnęłam.
- Zobaczymy co
powiesz jutro ma ten temat, kiedy już znajdziemy się w gnieździe os, w samym
ich centrum – powiedział Damon.
- Co za
pocieszające porównanie kolego – zauważyłam z ironią. – Od razu zrobiło mi się
cieplej na sercu.
- Właśnie taki
miałem zamiar droga koleżanko – zaśmiał się, a ja mu zawtórowałam.
Historia jaką opowiedział mi Salvatore była dość
niesamowitą, ale zdążyłam się już chyba przyzwyczaić do takich wampirzych
ekscesów. Wiedziałam bowiem, że nie będzie to ostatni raz, kiedy poznam kolejne
etapy historii mojej rasy. Wampiry to stworzenia długo żyjące, dla których
wieczność to tylko zbitek liter. Czasami nic nie znaczących, innymi razy
przekraczających granice ziemskiego czasu.
~*~
Kolejny dzień w rezydencji Damona spędziłam podziwiając
pobliski las, gdzie postanowiłam zapolować na dorodnego jelenia. Zwierzę nie
miało szans z moją siłą i szybkością, więc bez trudu zatopiłam swoje ostre jak
brzytwa zęby w jego ciele. Wróciłam do swojej sypialni przed południem,
ponieważ mój ówczesny współlokator od samego rana załatwiał jakieś pilne
sprawy.
Moja kreacja na dzisiejszy wieczór wisiała na szafie w
plastikowym pokrowcu, podobnie jak buty w pudełku oraz torebka, czekając by je
tylko włożyć. Szybkim ruchem zrzuciłam z siebie ubrania, jakie miałam na sobie
podczas polowania i udałam się na długa i relaksującą kąpiel. Kiedy wróciłam
ponownie do pokoju z ręcznikiem na głowie oraz w atłasowym liliowym szlafroku
spostrzegłam, że na łóżku leży ogromne granatowe pudło, a na nim mniejsze o
czerwonej barwie. Wszystko zostało przewiązane kremową wstążką, a do prezentów
dołączona była kartka.
Włóż to na dzisiejszy wieczór.
Zapomniałem powiedzieć Ci, że idziemy na Bal Maskowy.
W pierwszej chwili chciałam wszystko
oddać mojemu szanownemu koledze, ale nieco później ciekawiło mnie, co też jest
w środku. Rozdarłam wpierw mniejsze pudełko, w którym ukazała się srebrzysto-czarna
maska wenecka ręcznie zdobiona, do której z prawej strony doczepione zostały fioletowe
pióra boa. Pokręciłam głową z niedowierzaniem i zabrałam się za kolejny
prezent. Gdy tylko otworzyłam pudło moim oczom ukazała się suknia, prawdziwa
balowa suknia. Sznurowany, popielaty
atłasowy gorset zdobiły w tali posrebrzane kwiaty hibiskusa, a uzupełnieniem
całości była czarna, tiulowa suknia składająca się z dwudziestu paru warstw
delikatnego materiału. Stałam tak przez pięć minut z rozdziawioną buzią i
wprost nie mogłam uwierzyć w to, co trzymałam w rękach. Nie miałam pojęcia skąd
Damon wytrzasnął taką kieckę, ale
bez jakiegokolwiek wahania postanowiłam właśnie ją założyć na dzisiejszy
wieczór. Spojrzałam w kierunku kreacji Elie Saaba i cichutko westchnęłam –
Obiecuję, że na pewno się nie zmarnujesz.
Z wielkim uśmiechem na ustach
rozpoczęłam swoje przygotowania do Balu Założycieli Londynu.
~*~
Gdy na zegarze wybiła ósma wieczór rozległo się pukanie
do drzwi pokoju, który zajmowała Eleonor Cullen. Mężczyzna ubrany był w czarny,
zabytkowy frak z poprzedniej epoki, a w jego lewej dłoni spoczywała srebrna
maska wenecka.
- Proszę – odezwał
się kobiecy głos, więc pan domu uzyskując zgodę wszedł do sypialni wampirzycy.
Kobieta ubrana była w przepiękną suknię, która idealnie
pasowała do jej figury. Srebrny gorset uwidaczniał szczupłą talię i smukłe
ramiona dziewczyny, natomiast dół sukienki rozszerzał się niczym kwiat czarnej
lilii maskując resztę kobiecej sylwetki. Na lewym nadgarstku pojawiła się
diamentowa bransoleta, a w uszach przepiękne brylantowe kolczyki.
Złoto-bursztynowe oczy zostały obramowane wachlarzem ciemnych rzęs, a usta
podkreślone szkarłatną szminką. Hebanowe
włosy wampirzycy w połowie upięte były w pewnego rodzaju misterny kok,
natomiast reszta pukli opadła jej swobodnie na odsłonięte ramiona i plecy.
- I jak? –
zapytała nieśmiało, przy okazji okręcając się dookoła. – Właściwie to jeszcze
nie przeglądałam się w lustrze.
- I nie musisz –
odparł Damon kompletnie oszołomiony. – Wyglądasz zjawiskowo.
- Mam tylko
nadzieję, że nie przyniosę ci ujmy w tej sukni.
- Tego możesz być
pewna – dodał z uśmiechem. – W takim razie jesteś gotowa na bal?
- Chyba tak –
odrzekła. – Wezmę tylko maskę i możemy jechać.
- Zatem zapraszam
cię do… - zawahał się Salvatore przez sekundę. – Powinienem chyba powiedzieć do
karety, ale niestety nie mam takiej na własność, więc powiem do powozu
ciągnącego przez konie mechaniczne.
Elen zaśmiała się wesoło, chwyciła malutką torebeczkę,
maskę i dała się poprowadzić na długo oczekiwany Bal Założycieli.
~*~
Bal Założycieli odbywał się przy lewym brzegu Tamizy w
Tower of London, w jednej z największych atrakcji turystycznej stolicy
Zjednoczonego Królestwa. Budowla ta była na przestrzeni wieków zarówno fortecą
i pałacem, jak i więzieniem, w którym przetrzymywano władców i najbardziej
wpływowych przestępców, a co za tym idzie także miejscem tortur i egzekucji. Mówi
się, że wieża jest najbardziej nawiedzonym budynkiem Anglii. Snują się ponoć w
obrębie jej murów duchy królowej Anne Boleyn, króla Henryka VI, Lady Jane Grey,
Margaret Pole i dwóch książąt – synów Edwarda IV. Z tymi ostatnimi wiąże się
szczególnie mroczna historia – zostali pozbawieni życia na rozkaz własnego wuja
Ryszarda, który miał w imieniu małoletnich, osierociałych książąt sprawować
władzę. Ich szczątki odkryto pod schodami jednej z wież fortyfikacji. Nie
zdziwił mnie zatem wybór miejsca przez organizatorów na takie przedsięwzięcie z
piekła rodem.
Wysiadłam z limuzyny przy pomocy Damona, który ochoczo mi
asystował jak na dżentelmena przystało. Zaraz przy wejściu przywitał nas
czerwony dywan i wampirzy strażnicy w czarno-złotych liberiach, pozłacanych
maskach o fiołkowych oczach. Mój przyjaciel podał zaproszenie i mogliśmy
przejść dalej, gdzie pokierowano nas do szatni by móc oddać płaszcze i resztę
zbędnej garderoby. Poprawiłam maskę wenecką, naciągnęłam koronkowe rękawiczki i
ruszyliśmy do podziemnej sali balowej.
Pomieszczenie na pierwszy rzut oka przypominało mi
kaplicę, być może poprzez wielki stalowy krzyż, jaki znajdował się na
podwyższeniu zaraz za dwoma, sporej wielkości hebanowymi tronami-krzesłami.
Centralną część stanowił kamienny dziedziniec wokół którego znajdowały się
wielkie romańskiej kolumny ozdobione przez białe róże, bez, hiacynty, konwalie
i lilie. Całość została podświetlona jedynie pochodniami, co nadawało mrocznego
i dość wampirzego charakteru sali. Z zaciekawieniem podziwiałam wszystko
dookoła, a także innych gości ubranych podobnie do mnie z Damonem.
Wampirzyce prezentowały bogato zdobione suknie w
różnokolorowych barwach, frywolne fryzury oraz bardzo oryginalne maski i
makijaże. Natomiast panowie ubrani byli nad wyraz skromnie w porównaniu do
swoich partnerek. Właściwie to tylko wenecka maska mogła ukazać charakter i
pozycję arystokraty. Uśmiechnęłam się do swojego towarzysza, który z
odwzajemnionym gestem poprowadził mnie do lewej nawy zaraz obok orkiestry.
Mój wrażliwy nos od razu wyczuł aromat świeżej, ludzkiej
krwi. Nie pochodził od jednak od żywego człowieka, a od kelnera-wampira, który
na złotej tacy serwował gościom krew na przywitanie. Damon bez zahamowań
sięgnął po puchar, natomiast ja podziękowałam. W tym samym momencie mój
przyjaciel szepnął coś na ucho mężczyźnie z obsługi, a ten zniknął w oka
mgnieniu.
- Co mu
powiedziałeś? – zapytałam.
- Zaraz zobaczysz
– odpowiedział z zagadkowym wyrazem twarzy.
Sekundę później obok mnie zjawił się kelner z
kryształowym kieliszkiem w którym znajdowała się rubinowa ciecz. Poczułam
znajomy zapach lasu, mokrego mchu oraz aromat pumy.
- Pani? –
zaproponował mi wampir z uśmiechem.
- Bardzo dziękuję
– odpowiedziałam i poczęstowałam się trunkiem.
Spojrzałam na przyjaciela.
- Dziękuję –
przyznałam szczerze. – Nie tylko za ten kieliszek – wskazałam. – Ale za
przepiękną sukienkę oraz maskę.
- Cała przyjemność
po mojej stronie Elen – odpowiedział i pocałował mnie delikatnie w policzek.
W tej samej chwili rozległ się dźwięk trąb ogłaszający
anons kogoś naprawdę ważnego. Przelotnie zerknęłam na gości, w sali zgromadziło
się już wiele wampirzyc i wampirów, a sporo z nich zaczęło się już nawet
niecierpliwić. Wtem na schodach pojawiło się dwóch mężczyzn w kwiecie wieku. Jeden z nich miał kręcone brązowe włosy do ramion i był dość szczupłej budowy
ciała. Natomiast drugi był niskim, krępym a na dodatek łysym facetem o
nieprzyjemnym wyrazie twarzy. Kiedy jednak mój wzrok padł na ich wampirze,
trupioblade twarze, oniemiałam robiąc wielkie oczy.
- Czy to jest…? – zawahałam
się. – Czy to…?
- Niemożliwe –
dodał Damon z przejęciem.
„Między mężczyzną a kobietą przyjaźń nie jest możliwa.
Namiętność, wrogość, uwielbienie, miłość - tak, lecz nie przyjaźń”
- Oscar Wilde
Namiętność, wrogość, uwielbienie, miłość - tak, lecz nie przyjaźń”
- Oscar Wilde