Gdy tylko uchyliłam wieko, moim
oczom ukazał się dość pokaźny zbiór kobiecej biżuterii. Spojrzałam na brata,
unosząc brwi do góry, ponieważ to co ujrzałam w szkatułce, nieco mnie zdziwiło.
- Jesteś pasjonatem świecidełek? – spytałam. –
Czy prowadzisz podwójne życie o którym nie wiem?
- Ani jedno, ani drugie – odpowiedział z
uśmiechem. – To rodzinne skarby, pamiętasz jak wspominałem Ci o tym na balu?
- To należało do mamy? – odezwałam się nieco
skołowana.
- I do babci – sprecyzował.
- Przepiękne.
- Prawda?
- Nie wiedziałam, że tego jest aż tyle –
stwierdziłam.
- Już i tak część podarowałem Esme, Alice i
Rosie – odpowiedział.
- Mogę? – zapytałam, wskazując na klejnoty.
- Jasne, co moje, to i twoje – powiedział. –
Weź sobie co tylko Ci się spodoba.
- Dzięki – odparłam. – Ale jak na razie
niczego nie potrzebuję, za to chętnie poszperam – posłałam mu uśmiech,
zacierając teatralnie ręce.
W środku dostrzegłam różnego rodzaju
złote zawieszki, wisiorki, srebrne bransoletki, perły, kilka par diamentowo-szmaragdowych
kolczyków, a także topazowe i szafirowe kolie. Już miałam zamknąć szkatułkę,
gdy zauważyłam podłużne, obite czarnym aksamitem pudełko, które bez wahania
otworzyłam je.
- Co to jest? – odezwałam się.
- A na co, to Ci wygląda Viviene? – zaśmiał
się z mojego pytania. – Obrączki, należały do Viviany i naszego dziadka.
Para wspomnianych wcześniej obrączek
została wykonana z żółtego złota, jedna z nich najprawdopodobniej ta należąca
do mojej babci, była nieco węższa i smuklejsza od drugiej, a dodatkowo została
wysadzona małymi diamentami w około.
- Wiem, że to obrączki, Ed – powiedziałam. –
Ale czegoś tutaj nie rozumiem, skoro matce brakowało pieniędzy, to dlaczego
tego – wskazałam na biżuterię. – Nie sprzedała, przecież to było i jest warte
fortunę.
- Też się nad tym zastanawiałem – wtrącił. – I
wydaje mi się, że w tamtych czasach klejnoty nie miały takiej wartości
materialnej Vivi. Ludzie nie chcieli biżuterii, ponieważ nikt tego nie kupował
– wyjaśnił. – A skoro nie było zapotrzebowania, to i nie było zysków – mówił. –
Panował popłoch i panika, hiszpanka rozpowszechniała się w takim tempie, jak
czarna ospa w średniowieczu, liczyły się tylko pieniądze, a nie świecidełka.
- Straszne – westchnęłam.
- Myślałem, że już się z tym pogodziłaś –
zmartwił się.
- Bo tak jest – odpowiedziałam. – Tylko… och,
tak samo mi się nasunęło, przez te błyskotki.
- Aha – skwitował.
- A właściwie po co, wyjąłeś szkatułkę? – Odłożyłam
pudełeczko do środka.
- Przez przypadek – odpowiedział po chwili, a
ja już wiedziałam, że próbuje coś przed mną ukryć.
- Ściemniać to ty nie potrafisz – stwierdziłam,
siadając na białej kanapie. – Od kilku dni chodzisz z głową w chmurach, dlatego
też wpadłam – zerknęłam na rudzielca. – Być może to moja wina, zbyt długo się
nad tobą…
- Ależ skąd, Viv – przerwał mi. – Dobrze
wiesz, że mi się należało.
- No dobra – żachnęłam. – Jeśli nie chodzi o
mnie, to o Bellę.
Brat posłał mi zadziwiające
spojrzenie, które skwitowałam wybuchem śmiechu.
- Skąd ty tyle wiesz? Co?
- Nie czytałam w myślach, jeśli oto pytasz –
broniłam się. – Po prostu dobrze Cię znam, więc… o co chodzi? Pokłóciliście
się?
- Nie – parsknął. – Tylko…
- Tylko, co?
- Chciałem się… jej oświadczyć – wydusił
wreszcie, spoglądając na mnie nieśmiało.
W pierwszych chwili nie wiedziałam,
co mogłabym powiedzieć. Na mojej twarzy pojawiło się kompletne zaskoczenie,
które zaraz potem ustąpiło nieoczekiwanej radości. Wyobraziłam sobie brata w ciemnym
garniturze, który stoi w ogrodowej altanie, a ku niemu zmierza Bella w bieli.
Uśmiechnęłam się ciepło w jego kierunku, dodając mu otuchy.
- To… wspaniale – odezwałam się.
- Słucham? – wtrącił oszołomiony.
- Skoro Isabella jest tą jedną, jedyną, nie
masz na co czekać braciszku – wyjaśniłam swój tok myślenia. – 110 lat to chyb odpowiedni wiek na
ożenek.
- Chwileczkę – zauważył. – Ty naprawdę mówisz
poważnie? TY?
Zaśmiałam się delikatnie.
- Nie rób ze mnie takiej wrednej wampirzycy,
Edwardzie – powiedziałam. – Kochacie się, a to chyba najważniejsze. Jeśli zatem
nie wyobrażasz sobie życia bez Bells, a ona bez Ciebie, to chyba nie masz
innego wyjścia – dodałam. – A ja, jakoś sobie poradzę z zaakceptowaniem Belli w
charakterze twojej… żony – zaśmiałam się.
- Czasami się zastanawiam, czy ty mówisz
poważnie, czy żartujesz.
- Nadal masz wątpliwości w stosunku do mnie i swojej
lubej? – spytałam. – Myślałam, że mamy to już za sobą.
- Yyy… - bąknął.
- Lubię twoją dziewczynę – zaczęłam. – Może
nie jesteśmy jeszcze przyjaciółkami, ale z czasem wszystko może się zdarzyć,
zwłaszcza kiedy zostanie moją szwagierką – klepnęłam go w ramię. – Po prostu
zaufaj nam, Ed.
- Cieszę się, że ją zaakceptowałaś – wtrącił.
- Ostatecznie zrobiłam to w chwili, gdy
uratowała Ci życie we Włoszech – stwierdziłam poważnie. – Wiesz, nie
spodziewałam się, że w tak nieporadnej osóbce, w człowieku, może drzemać taka
siła – przyznałam. – Podziwiam ją za to, naprawdę.
- Nie zasługuję na nią – powiedział. – Nigdy
bym nie pomyślał, że można się tak zakochać i tak kochać.
- Uwierz, że można – odpowiedziałam.
- Jesteś szczęśliwa z Willem, prawda? – spytał
znienacka.
Nie odezwałam się, jedynie moją
buzię rozświetlił promienny uśmiech, który dotarł do moich
bursztynowo-miodowych oczu.
- Wiem, że tak jest – dodał. – Inaczej William
nie czuł by się bezpiecznie w tym domu.
- Przesadzasz – stwierdziłam, machając ręką.
- Możesz mi wierzyć, bądź nie – dodał. – Ale
dokładnie wiem, co komu po głowie chodzi – wskazał na swoje czoło. – A jako
twój oficjalny brat, przewodniczący KBC, sprawuję nad Tobą specjalną pieczę.
- KBC?
- Klan braci Cullen – odpowiedział.
- Oficjalny brat, przewodniczący klanu braci?
– Powtórzyłam. – Dobrze się czujesz?
- Pewnie – uśmiechnął się. – Nie mów, że
wy-siostrzyczki nie tworzycie rodzinnego stowarzyszenia.
Spojrzałam na niego, jak na
kompletnego idiotę, a w międzyczasie do pokoju wszedł Emmett i Jasper.
- Cześć gołąbeczki – przywitał się Boski. –
Wybieramy się na polowanko, macie ochotę?
- Emmett, co to jest KBC? – zapytałam prosto z
mostu.
- Klub braci Cullen – odezwał się dumnie.
- Klub? – Ponowiłam.
- Klan – poprawił brata Jasper.
- Wy tak na serio? – spojrzałam na braci. –
Bawicie się w jakieś stowarzyszenie?
- A czemu by nie – wtrącił Boski. – To bardzo…
prężne i rozwijające się stowarzyszenie…
- Rozwijające się? – parsknęłam.
- Jeśli los będzie dla Ciebie przyjazny –
zaczął Jazz. – To wkrótce do naszego klanu dołączy William.
- A to trzeba przejść jakąś inicjację, by móc
cieszyć się kartą członkowską? – Nie popuszczałam z ironicznego tonu.
- Owszem – skwitował Em. – Will musi
oficjalnie przyłączyć się do rodziny, do więzów krwi.
- Przecież to krewny Carlisle – zauważyłam.
- To nie ma nic do rzeczy – powiedział
Mięśniak. – Regulamin to regulamin, a my nie łamiemy przepisów.
- Za bardzo Wam się nudzi – stwierdziłam,
kręcąc głową nad głupotą braci.
- No właśnie – zauważył brunet. – Może
wybierzemy się w góry na kilka dni, co? Chciałbym zobaczyć Willa kontra trzy
lwy górskie, albo żbiki…
- Gladiatora sobie znalazłeś? – rzuciłam.
- Nawet o tym nie pomyślałem, ale… twoja propozycja
ciekawa jest rozważenia – odpowiedział niezwykle skupiony. – Hmmm… Koloseum…
- Rzymskie? – spytałam prowokacyjnie.
- Amerykańskie, oczywiście – odpowiedział, na
co cała nasza czwórka odpowiedziała śmiechem.
- To może po zakończeniu szkoły? – zaproponował
Jasper. - Do kiedy z Allie chodzicie na zajęcia?
- Jeszcze z dwa tygodnie – powiedział rudy. –
Ale Emmett tyle nie wytrzyma, chłopaczek spragniony jest zabawy.
- A żebyś wiedział!
- To może w ten weekend – zaproponowałam. – Ma
być słonecznie.
- Zaraz to sprawdzimy – dodał Jasper i
zawołał. – Alice!
Nie minęła sekunda a w drzwiach
sypialni Edwarda pojawiła się moja siostra z wielkim uśmiechem na buzi. Ubrana
z śliczną miętowo-błękitną sukienkę do kolan, wyglądała jak leśny chochlik.
- Ślicznie Ci w tym kolorze – powiedziałam.
- Dziękuję – odpowiedziała, a chwilę później
zamarła w pół kroku.
Miała wizję – jej oczy zaszkliły się
i zaszły delikatną mgiełką, zupełnie nie widoczną dla ludzkiego wzroku. Dwie
sekundy później wpatrywała się bardzo poważnie w Edwarda, który automatycznie
spiął wszystkie mięśnie.
- Co widziałaś? – odezwałam się razem z
Emmettem.
- Victoria – wydusiła.
- Jaka Victoria? – spytałam.
- Ona nie jest sama – powiedziała Alice,
ignorując zupełnie moje pytanie.
- Ilu? – rozmawiał z nią Edward.
- Dwudziestu, trzydziestu nie mam pojęcia –
westchnęła, masując sobie czoło. – Wizja nie jest kompletna, momentami nic nie
widziałam.
- Skąd wytrzasnęła tyle wampirów – zastanowił
się na głos Em. – Przecież to nawet nie realne…
- Jest – przerwał mu Jasper. – Jeśli to
nowonarodzeni… - a zaraz potem gwałtownie zamilkł. – Myślicie, że to Victoria
stoi za tymi morderstwami w Seattle?
- Że niby tworzy młode wampiry, by zaatakować
naszą rodzinę? – spytałam.
- Nowo narodzeni są nieobliczalni – powiedział
Jazz. – Twój luby Nora to wybryk natury, chociaż nie można mu w pełni ufać – po
czym dodał. – Nie spotkał się sam na sam
z człowiekiem, nie wiesz jak zareaguje.
To prawda, że od jakiegoś czasu ludzie w dość szybkim
tempie zaczęli ginąć, znikać w Seattle i okolicach w dość nieoczekiwanych
okolicznościach. Nie podejrzewaliśmy
niestety nic niepokojącego, niczego co mogłoby wymagać naszej ingerencji, aż do
teraz.
- Kiedy? – Wyrwał mnie z tymczasowej zadumy
brat.
- Za trzy, cztery dni – odpowiedziała
wróżbitka.
- Nie mamy czasu, cholera jasna – zaklął Ed. –
Trzeba zadzwonić do Carlisle, musi jak najszybciej wrócić do domu… Bella! Boże
Bella!
- Uspokój się, Edwardzie! – powiedziałam
głośniej, niż przypuszczałam. – Zaraz po nią pojadę, tylko wpierw powiedz mi, o
co chodzi? – spojrzałam zaraz potem na resztę.
- Co się tutaj dzieje? – spytał William,
zerkając nieśmiało do pokoju. – Można?
- Wejdź – odpowiedziałam, nawet nie uraczając go spojrzeniem, zaraz potem
ponownie zwróciłam się do rodziny. – Czekam.
- Pamiętasz, jak po naszym powrocie do Forks
odwiedziło nas trzech Nomadów?
Pokiwałam głową.
- Victoria była
partnerką Jamesa – zaczął mój brat. – James chciał zabić Bellę, więc go…
unieszkodliwiliśmy ostatecznie, Laurenta ich towarzysza kilka miesięcy temu
zabiła wataha, gdy ten usiłował na prośbę rudej sprawdzić, czy Bella jest nadal
pod naszą opieką – mówił. – A z tego co mi wiadomo, wampirzyca chce zemsty –
oko za oko, ząb za ząb. Zabije Bellę, bo ja zabiłem jej ukochanego.
- To ona pojawiła
się tutaj kilka dni po katastrofie? – odezwał się William.
- Tak – potwierdził
Jasper.
- W takim razie,
dlatego wraca – powiedziałam prawie do siebie. – No dobra – westchnęłam. – Will
zadzwoń po ojca, niech wróci do domu jak tylko będzie mógł. Edward oddychaj i
przestań paradować w kółko, bo dziurę w podłodze zrobisz. Alice spróbuj
zobaczyć to jeszcze raz, niech Jasper pomoże ci zniwelować ból głowy emocjami…
- A ja? – odezwał
się Emmett.
- Znajdź Rose i
Esme, a potem miej oko na tego przystojniaka – wyjaśniłam, wskazując na Willa.
– Ja przywiozę Bellę.
~*~
- Dzień dobry,
Charlie – przywitałam się z komendantem, wchodząc do domu. – Przyjechałam
zabrać Bellę na weekend do nas.
- Cześć –
uśmiechnął się i oznajmił. – Ale Belli nie ma.
- Jak nie ma –
zmieniłam automatycznie ton.
- Pojechała do
rezerwatu, pomóc Jacobowi z lekcjami – wyjaśnił. – Powinna niedługo wrócić.
- Cóż… nie
wiedziałam – oznajmiłam. – Czy w takim razie, mogłabym tutaj na nią poczekać?
- Jasne – ucieszył
się. – Umilimy sobie czas do jej przyjazdu. Napijesz się czegoś?
- Może wody –
odezwałam się z grzeczności.
- Nie wiedziałem,
że wróciłaś do Forks – zerknął na mnie w ten swój policyjny sposób. – Ani
Edward, ani Bella nic nie powiedzieli.
- Zakochani –
skwitowałam. – Dobrze wiesz, jak to jest. Myśli się o jednym, a robi się
drugie.
- Taaa – wziął łyk
piwa i lekceważąco dodał. – Zakochani.
- Nie jesteś
zadowolony z związku Belli i mojego brata, prawda? – zapytałam wprost.
- To nie tak, że
nie jestem zadowolony – bronił się. – Po prostu mam do niego żal, że zostawił
moją córkę, bez słowa, bez wyjaśnienia…
- Charlie,
spokojnie – spojrzałam na niego łagodnie. – Ja nie mam zamiaru Cię oceniać, ani
w jakiś inny sposób ingerować w to, co myślisz na temat Edwarda – mówiłam. –
Chciałam jedynie wiedzieć, co o nich sądzisz.
- Bella to moje
jedyne dziecko – powiedział komendant. – Chcę dla niej, jak najlepiej. Nie miej
mi tego za złe, ale nie wiem, czy twój brat jest dla Belli najlepszym
rozwiązaniem.
- Myślę, że przez
to, co się stało – zaczęłam. – Młodzi udowodnili, że naprawdę się kochają, a
rozłąka była jedynie próbą ich uczuć, którą boleśnie zdali.
- Wiem, że Bella go
kocha – dodał. – Nie jestem jednak przekonany, czy on darzy ją takim samym uczuciem.
- Wierz mi, że tak
jest – odpowiedziałam.
- Zobaczę, to
uwierzę Viviene – wtrącił. – Słowa i zapewnienia nie wystarczą.
- Dobrze –
zgodziłam się i upiłam łyk wody.
Zapadła między nami niezręczna cisza, komendant wpatrywał
się przez jakiś czas w okno, a ja skupiłam się na szklance z wodą, w tym samym
momencie znalazłam się w zupełnie innym miejscu.
Obserwowałam leśną
polanę, na której zwykle gramy w baseball w dość spowolnionym tempie. Wtem przed
oczami mignęła mi burza czerwono-rudych loków, a zaraz potem zobaczyłam scenę
iście z horroru – krew, pot, łzy i wampiry. Widziałam obok mnie walczącego
Willa z jakąś tlenioną blondynką o czerwonych tęczówkach, zaraz potem Alice i
Jasper rzucili się na kolejne dwa młode wampiry, rozrywając je na drobne kawałki.
Gdzieś w oddali usłyszałam wycie wilka i krzyk ojca, nie mogłam jednak go
zrozumieć, więc spojrzałam przed siebie. W moją stronę zmierzała wściekła Etena,
ramię w ramię z jakąś inną, nieznaną mi harpią. Poczułam przypływ złości i
adrenaliny, po czym ruszyłam w jej stronę, mijając się z walczącą z harpią Claudią
i Noelem.
Obraz zamazał się,
usłyszałam przerażający krzyk – NIE! A zaraz potem poczułam, że brakuje mi
gruntu pod nogami…
Wróciłam, wizja zakończyła się. Z wrażenia aż usiadłam na
pobliskim fotelu, zaciskając dłonie na poręczy zupełnie nieświadomie. To, co
zobaczyłam nie mieściło mi się w głowie, właściwie to nawet bym na to nie
wpadła, że Thomas, Etena i Victoria połączą wspólne siły. Przez mój umysł
przelatywały miliony myśli, moje synapsy pracowały na zwiększonych obrotach
próbując zapamiętać, jak najwięcej szczegółów z wizji. Wpatrywałam się w
komendanta zupełnie nieobecnym wzrokiem, w mojej głowie rodził się plan, a
jednocześnie wątpliwości, obawa i strach. Wzięłam większy wdech i w myślach
podziękowałam Bogu za to ostrzeżenie, było mało czasu, a musieliśmy być
przygotowani na walkę nie tylko z młodymi wampirami.
- Mówiłaś, że
chciałaś wziąć Bellę na weekend do was, tak? – zapytał Swan, wyrywając mnie z
zadumy.
- Yyy… Tak –
zreflektowałam się.
- Moja córka nic mi
o tym nie mówiła – zauważył.
- Widocznie
zapomniała – odpowiedziałam zupełnie bez emocji, wiedziałam jednak że muszę
wziąć się w garść i zacząć grać, inaczej mężczyzna mi nie uwierzy. – Wróciłam z
Londynu na jakiś czas i Alice wpadła na pomysł wspólnego wypadu na zakupy i do
SPA – wyjaśniłam.
- No nie wiem… -
podrapał się po głowie.
- Nie daj się
prosić – uśmiechnęłam się delikatnie. – Obiecuję, że Bella w poniedziałek z
rana pojawi się na zajęciach.
- A co z resztą… twojej rodziny?
- Rodzice z chłopakami jadą na Alaskę, do
rodziny – skłamałam.
- Innymi słowy, chata wolna – stwierdził
zabawnie. – Tak?
- Dokładnie.
- A gdzie na te zakupy pojedziecie? – dążył. –
Mam nadzieję, że nie do Seattle…
- Do Olimpii, Charlie – oznajmiłam. – Bądź
spokojny…
- Spokojny to ja będę, jak policja wreszcie
dorwie tego popaprańca, który morduje i porywa tam ludzi – podminował się. –
Jak nic z tym nie zrobią, to jeszcze przeniesie się to na inne miasta.
- Jestem pewna, że szeryf robi, co w jego mocy
– rzuciłam od niechcenia, w tym samym czasie usłyszałam charakterystyczny
silnik furgonetki.
Nareszcie
– pomyślałam.
Minutę później w salonie pojawiła
się Bella cała w skowronkach razem z młodym Blackiem, który już od progu
marszczył nos i wyraz twarzy. Odór mokrego psa był obrzydliwy, czym prędzej
więc postanowiłam stamtąd wyjść. Ruszyłam w kierunku ukochanej mojego brata z
lekkim uśmiechem, natomiast dziewczyna wydała się bardzo zaskoczona.
- Zapomniałaś, prawda? – spytałam z ukrytym
chichotem, zupełnie ignorując wilkołaka. – Widzisz, mówiłam Ci Charlie –
zwróciłam się do komendanta, a zaraz potem ponownie do Belli. – Przyjechałam
zabrać Cię do nas, na weekend, według ustaleń Alice.
- Alice? – spytała zupełnie zbita z tropu,
patrząc na mnie jak na idiotkę.
Stałam tyłem do Charliego, więc pozwoliłam sobie na
ostrzejsze spojrzenie w jej kierunku. Brak zdolności aktorskich był
równoznaczny z brakiem koordynacji ruchowej w dziewczyny sytuacji. Przewróciłam
oczami i westchnęłam poirytowana.
- O cholera! –
zaklęła, a zaraz potem dodała. – Zupełnie wyleciało mi to z głowy, zaraz się
spakuję.
- Świetnie. To może ja poczekam w samochodzie
– zasugerowałam.
- Dobry pomysł – rzucił w moją stronę
niechętnie Jacob.
- Zaraz będę – wtrąciła dziewczyna i pobiegła
pędem na górę, na szczęście nie potykając się po drodze.
- Dziękuję za wodę, Charlie – powiedziałam. –
I mam nadzieję, że szybko się znów zobaczymy.
- Przyjemność po mojej stronie – dodał z
uśmiechem. – Pozdrów proszę rodziców.
- Ja też już będę uciekać – powiedział Jack. –
Odprowadziłem tylko Bells i chciałem przekazać, że tata zaprasza na ryby w
sobotę.
- Dzięki, Jacob – uśmiechnął się do chłopaka.
– Jedź ostrożnie.
Pośpiesznie wyszłam z domu i ruszyłam
w stronę zaparkowanego volvo Edwarda, gdy poczułam, że ktoś łapie mnie za
ramię. Wiedziałam dokładnie kto, a właściwie co – wielkie włochate psie
cielsko.
- Jakiś problem? – rzuciłam, automatycznie
wyrywając się z uścisku wilkołaka.
- Co wy knujecie? – warknął w moją stronę.
- Nie twój interes, psie – zmierzyłam go
wzrokiem. – Nie mam obowiązku Ci się tłumaczyć.
- Przez Ciebie i tego nowego wampira kolejny z
dzieciaków w rezerwacie stał się zmiennokształtnym – dodał wściekły.
- I co? – zakpiłam. – Mam Cię z tego powodu
przepraszać?
Do moich uszu doszło warknięcie, a
właściwie szczeknięcie Jacoba, w ramach ostrzeżenia. Uśmiechnęłam się triumfalnie
i dodałam:
- Z tego co wiem, to kwestia genów, więc i tak
czy siak jeden z twoich koleżków stał by się wreszcie wilkołakiem – wtrąciłam.
- Seth ma 13 lat!
- Black! – stwierdziłam. – A czy nas się ktoś
pyta, czy chcemy zostać ugryzieni? Takie życie, trzeba się z tym pogodzić –
zmierzyłam go wzrokiem. – I skończmy ten temat, bo do niczego nie dojdziemy.
- Dlaczego Bellę zabierasz na cały weekend? –
spytał.
- A jak myślisz?
- Nie pozwolę na to! – wrzasnął nagle, a jego
ciałem wstrząsnął deszcz.
- Przestań zwracać na siebie uwagę –
sarknęłam. – Bo jeszcze wybuchniesz mi tu na ulicy, a świadków nie chcemy –
zerknęłam w kierunku domu Swanów.
- Wywołacie wojnę…
- Jaką wojnę do
cholery? – zerknęłam na chłopaka i pojęłam jego tok myślenia. – Czy ty myślisz,
że zabieram Bellę, żeby ją ugryźć?
- A nie? – zdziwił
się bardzo.
- Posłuchaj
chłopcze – westchnęłam. – Nie wiem, dlaczego tak bardzo interesuje Cię weekend
Belli, bo to nie twój zakichany interes, co robi po godzinach – powiedziałam. –
Ale dla twojego świętego spokoju i mojej całej głowy, zdradzę Ci, że jak na
razie nie zamierzamy jej przemieniać, a przynajmniej w ten weekend.
- To po, co ją…
- Pewne sprawy się
skomplikowały – wyjaśniłam i zaraz potem wpadłam na pewien pomysł. – Ale w
związku z tym, że sprawa jest dość poważna i prawdopodobnie, będzie
potrzebowała ingerencji z zewnątrz, powiem Ci czemu „porywam” Swan.
Chłopak zrobił duże oczy.
- Jaka poważna
sprawa? – spytał.
- Jak zamkniesz
wreszcie jadaczkę, to może się dowiesz – warknęłam.
- Nie musisz być
nie miła – stwierdził. – Nie nadepnąłem Ci na odcisk, jak Paul, prawda?
- Tamten kundel
jest na mojej czarnej liście do końca swojego żywota – zachmurzyłam się.
- Za to, że chciał
Ci oderwać głowę? – zaśmiał się. – Uwierz, każdy z nas o tym marzy.
- Za to, że zabił
mojego przyjaciela – sprecyzowałam. – A marzyć zawsze można.
- No dobra –
zakończył poprzedni temat. – Co to za sprawa?
- Słyszeliście o tym, co dzieje się w Seattle?
– spytałam.
- O serii zaginionych i zamordowanych ludzi?
- Dokładnie – odpowiedziałam. – Za tymi
zaginięciami i morderstwami stoi… grupa moich pobratymców, a właściwie
Victoria.
- Ta laska, co chce dopaść Bells? – upewnił
się.
- Tak – odpowiedziałam nieco zdziwiona
znajomością wilkołaka. – Skąd…
- Bella wszystko mi powiedziała – przerwał mi.
- To nawet lepiej, że orientujesz się w
sytuacji – dodałam. – W każdym razie, ta armia na czele z rudą idzie tutaj,
kobieta chce się zemścić.
- Zamierzacie ich zlikwidować?
- I to jak najszybciej, trzeba obronić
dziewczynę – powiedziałam. – A co gorsza na drodze stoi im Forks, a chyba wiesz
co to oznacza.
- Rzeź – wtrącił poważnie.
- Muszę jak najszybciej znaleźć się w domu, bo
trzeba ustalić jakiś plan, pojawiły się…
- Wchodzimy w to – oznajmił mi nagle chłopak.
- W co? – zdziwiłam się.
- W walkę – odpowiedział mi. – Nie dacie rady
sami, nawet z tymi waszymi czarami-marami.
- Ha ha ha – sarknęłam. – Nie podejmuj
pochopnie decyzji, muszę to ustalić wpierw z Carlisle, a przede wszystkim z
Uleyem.
- Sam nie ma nic do gadania – wtrącił. – Kiedy
jesteś w stanie mi dać odpowiedź?
- Od kiedy to przywódca stada pozwala
decydować o losie swoich sługusów jakiemuś małolatowi? – spytałam, ignorując
jego poprzednie pytanie.
- Niech Cię nie interesują wilcze sprawy –
warknął.
- Dobra, dobra – zaśmiałam się.
- Powtórzę pytanie, kiedy dasz…
- Myślę, że możemy się spotkać o trzeciej w
nocy na polanie niedaleko wodospadu – odpowiedziałam, a w tym samym momencie z
domu wyszła Bella z torbą. – Zdążę wszystko załatwić z rodziną.
- Tylko żadnych numerów – ostrzegł mnie i
ruszył w kierunku dziewczyny.
Prychnęłam, teatralnie przewracając
oczami.
- Byłeś grzeczny? – spytała Swan wilkołaka,
zerkając w moim kierunku.
- Jak zawsze – zaśmiał się i zapytał. – To
kiedy się zobaczymy? Co? Bo jak widzę w weekend – spojrzał wymownie na mnie. –
Masz randkę z upiorami w operze…
- Jacob – zagrzmiała.
- Zadzwoń, jak tylko zrobi Ci się zimno, albo
jak te pijawki… - zaczął.
- Temu panu już dziękujemy – przerwała mu i na
dowidzenia klepnęła go w ramię.
- Cześć – rzucił i odpalił auto.
- Powiesz mi wreszcie o, co chodzi? – zapytała
mnie Bella, gdy tylko wgramoliła się do auta. – I co to za szopka, przed moim
ojcem z salonem odnowy biologicznej i zakupami?
- Najlepiej wyjaśni Ci to wszystko Edward –
oznajmiłam odpalając silnik volvo. – Ale raczej nie zapowiada się to miły i
wesoły weekend w SPA.
~*~
- Strasznie długo Cię nie było – stwierdził
William, kiedy tylko weszłam do salonu, a zaraz za mną przydreptała Bella, wraz
ze swoim słodkim aromatem krwi.
- Cześć – szepnęła dziewczyna w jego kierunku,
przemieszczając się jak najdalej od młodego wampira.
- Hej – odpowiedział Will na bezdechu i powoli
wycofał się na zewnątrz przez szklane drzwi.
- Poczekaj, pójdę z Tobą – rzuciłam do Willa,
a przedtem zwróciłam się do brata i ojca, którzy pojawili się w pomieszczeniu.
– Musimy potem poważnie porozmawiać, prawdopodobnie sfora pomoże nam z nowo
narodzonymi…
- Skąd oni… - zaczął rudy.
- Widziałam się z Blackiem – odpowiedziałam
Edwardowi, przy okazji zerkając na Bellę. – A przy tak licznej grupie, a może i
jeszcze… liczniejszej każdy osobnik będący po naszej stronie jest na wagę
złota.
Brat przyjrzał mi się uważnie,
usiłując na siłę spenetrować mój umysł. Na szczęście w ostatniej chwili mu to
uniemożliwiłam, co nie uszło jego uwadze. Z zagadkowym wyrazem twarzy wpatrywał
się w moje oczy, zanim odezwał się ostrożnie.
- Ty coś wiesz Viviene – zaczął ostrożnie.
- O co chodzi? – odezwała się nagle Isabella,
przypominając nam o swojej obecności.
- Oni zaraz Ci wszystko wyjaśnią – zwróciłam
się do dziewczyny, całkowicie ignorując Eda, a zaraz potem spojrzałam na
Carlisle. – O trzeciej jesteśmy umówieni z wilkami, do tego czasu musimy
wszystko uzgodnić – ruszyłam w kierunku Williama.
- A wy gdzie? – spytał mnie Emmett,
materializując się na kanapie obok najstarszego Cullena.
- Na polowanie – odpowiedział za mnie mój ukochany.
– Wrócimy za… jakiś czas.
- Teraz to się nazywa polowanie, taaa? –
Puścił do mnie oczko brat.
- Nazywaj to jak chcesz – warknęłam i
pociągając za sobą Willa zniknęliśmy im z pola widzenia.
Kiedy już znaleźliśmy się na dość
wysokim wzniesieniu, z daleka od Forks, naszej rezydencji i czytającego w
myślach mojego brata, przystanęłam wpatrując się przed siebie z obojętnym
wyrazem twarzy.
- Co się dzieje, Vi? – spytał chłopak, stojąc
zaraz za mną.
- Żebym to ja sama wiedziała – odpowiedziałam
gdzieś w przestrzeń.
- Myślałem, że skończyłaś ze ściemnianiem w
momencie, kiedy przemieniłaś mnie w wampira – powiedział poważnym tonem, który nieco
mnie zdekoncentrował.
Automatycznie odwróciłam się w jego
kierunku, obdarzając go zaskoczonym spojrzeniem.
- Teraz naprawdę nie wiem, o co Ci chodzi –
odpowiedziałam.
- Od nagłego wyjazdu Noela, nie jesteś sobą –
zaczął. – Uciekasz, gdzieś myślami,
błądzisz w chmurach, zdarza się nawet, że nie słyszysz tego, co do
Ciebie mówię – zastanowił się. – Dziwne, bo wampir może skupiać się na
kilkunastu rzeczach na raz, a nie wspomnę o wyostrzonych zmysłach – zrobił krok
do przodu i założył ręce. – Dlatego też pytam się, co się z Tobą dzieje – już
chciałam coś powiedzieć, kiedy mi przerwał. – Tylko błagam, nie próbuj mi
wmawiać, że jestem przewrażliwiony, bo ku twojemu zdziwieniu oznajmię, że nie
jestem, kochanie - sarknął.
Zastanowiłam się przez chwilę nad
jego słowami i zupełnie nie mogłam pojąć powodu jego aktualnego wzburzenia.
- Co Cię ugryzło? – spytałam.
- Udajesz głupią? – odpowiedział pytaniem na
pytanie.
- Nie, ale…
- To odpowiedź – rozkazał.
Jego oczy pociemniały, a usta
szczelnie zacisnęły się w cienką linię. Wyglądał teraz jak prawdziwy wampir
szykujący się do ataku. Nie miałam wcześniej zbyt wielu okazji widzieć
zdenerwowanego i wściekłego Williama, jako nowo narodzony był dość często
poddawany urokowi daru Jaspera. Tym razem czułam zarówno emocjonalnie, jaki i
mentalnie, że pozwolił sobie chyba na zbyt wiele.
- Nie wiedziałam, że to Ci przeszkadza –
zaczęłam.
- Vi, mi nie przeszkadza to, że czasami się
zamykasz się w „swoim świecie” – powiedział już mniej wyrywnie. – Irytuje mnie
to, że od kilku tygodni masz ewidentny problem, a zachowujesz się tak, jakbyś
tylko ty mogła go rozwiązać.
- A jeśli tak właśnie jest? – oznajmiłam, nie
było sensu zaprzeczać.
- To jesteś w błędzie – odpowiedział. – Nie ma
takiej rzeczy w której bym Ci nie pomógł, nie zrozumiał – dodał. – Podobnie jak
reszta Cullenów. Nie możesz mnie, nas odtrącać.
- Są rzeczy na tym świecie Will, o których
włos jeży się na głowie – oznajmiłam bardzo poważnie, a w tym samym momencie
poczułam przeszywający ból w okolicach skroni. Zbyt dobrze wiedziałam, że było
to ostrzeżenie, przed tym co mam powiedzieć, bądź i nie.
- Jeśli zamierzasz mnie nadal zniechęcić to
wymyśl lepiej lepszą bajeczkę – warknął. – Jestem już dużym chłopcem.
- Jeszcze jesteś taki młody – zaczęłam, lecz
ponownie mi przerwał.
- Wiesz co, przestań mi tu pieprzyć farmazony
– stwierdził. – Myślałem, że mamy do siebie zaufanie, bezgraniczne, ale jak
widać pomyliłem się – mówił zawiedziony. – Chcesz, proszę bardzo umartwiaj się
i użalaj…
- Przestań! – krzyknęłam.
- Ale dlaczego? – Spytał perfidnym tonem,
który mnie zabolał. – Przecież właśnie tego chcesz, nie będę się mieszał…
- Naprawdę chciałabym Ci to powiedzieć –
wtrąciłam bliska płaczu. – Ale…
- Ale czekaj, wiem – ponownie się wtrącił,
udając że wpadł na jakiś pomysł. – Ale nie możesz, zgadłem?
Uciekłam spojrzeniem jak najdalej od
rozwścieczonych i nabuzowanych oczu Willa. Wiedziałam, że miał absolutną rację,
nie tylko w swoich obserwacjach, ale i w pojmowaniu tego, co aktualnie się ze
mną działo.
- Przepraszam – szepnęłam, odpowiedziałam jak
najbardziej szczerze.
- Ty mnie nie przepraszaj, tylko powiedz z
czym masz problem – warknął.
Wzięłam spory wdech i postanowiłam wreszcie to
z siebie wydusić, kiedy jednak pierwsze dźwięki wydobyły się z mojego gardła,
poczułam przeszywający ból w tylnej części głowy, a zaraz potem straciłam
przytomność.
„Mam uczucie, że
zawsze gram epizody dramatyczne w jakiejś wielkiej farsie.”
– Stanisław Jerzy Lec
– Stanisław Jerzy Lec