Perspektywa
Edwarda
- Elo, elo jesteście tu?! - wołał Emmett.
- Kochanie ciszej - dodała słabym głosem Rosalie.
- Wybacz.
- Edward?! Viviene?! - Ponownie odezwał się Boski.
- Emmett! - krzyknęła blondynka.
- Ups… wybacz!
- Jesteśmy tu! - odezwałem się.
Chwile później na leśną polankę wpadły dwa wampiry, zdziwiło mnie to,
że Rose i Emmett mieli na sobie wczorajsze ubrania.
- Nie zdarzyliście się przebrać? – spytałem uśmiechając się
perfidnie. - Za mało czasu, aby znaleźć właściwe ubranie?
- Nie bądź taki mądry Edward - powiedziała Rose. - Esme nas naszła.
- … i musieliśmy uciekać w pośpiechu - dodał Emmett, masując sobie
czoło.
- Zdążyłam tylko odczytać twoją wiadomość Vivi - mówiła dalej
blondynka. - I wyskoczyliśmy przez okno…
- A tak na marginesie mam potworny ból głowy - wtrącił Em. - Ale było
warto!
- To kac! - odpowiedziałem.
- Musicie zapolować i to jak najszybciej - odezwała się Viviene.
- I przejdzie? Po polowaniu? - Dążyła Rose.
- Pewnie - powiedziała moja siostra. - My jesteśmy już po, więc udamy
się do domu.
- A co będzie jak my nie wrócimy z wami? - zapytał tym razem Em.
- Powiemy, że polujecie - stwierdziłem.
- Dobra - skwitowała blondynka.
- Tylko pamiętajcie, aby przed spotkaniem z Esme się przebrać - dodała
na odchodnym Viviene.
Zachichotałem, po czym ruszyliśmy do domu.
~*~
- Gdzie się podziewaliście?! - krzyknęła na dzień
dobry Esme. - Odchodziłam od zmysłów.
- Byliśmy na polowaniu mamo - tłumaczył Edward.
- Nie oznacza to, że możecie znikać bez słowa. Wchodzę do twojego
pokoju, Viviene i Rose, a tam pusto. Co sobie mogłam pomyśleć?
- Esme - przerwałam. - Zostawiliśmy ci wiadomość, nie czytałaś?
- Wiadomość? Gdzie?
- Na stoliku przy telefonie - odparłam.
Kobieta ruszyła we wskazanym kierunku, na stoliku rzeczywiście leżała
kartka.
Jesteśmy na polowaniu.
Niedługo wrócimy.
Niedługo wrócimy.
E.
R. E i V.
- Przepraszam – powiedziała zmieszana Esme. - Nie powinnam podnosić
głosu, jesteście w końcu dorośli.
- Nic się nie stało. To dobrze, że się o nas martwisz - stwierdziłam.
- Tak - dodał Ed zwracając się do mamy. - Wiesz kiedy konkretnie
przylatuje Alice?
- To pytanie nie do mnie, prędzej Viviene ci odpowie. W końcu spędza
codziennie kilka godzin rozmawiając z naszym Chochlikiem - odpowiedziała Esme.
Więc?
Nie zaczyna się zdania od „ więc…” - pomyślałam chichocząc.
Bardzo śmieszne.
Bo to było śmieszne!
Esme widocznie widząc nasz telepatyczny dialog zapytała.
- Viviene, wiesz coś na ten temat?
- Alice nie chciała zdradzić kiedy przylecą, ale jeżeli wierzyć w moje
przeczucie… - zaczęłam.
- To? - Przerwał Ed.
- … to dzisiaj wieczorem!
- Też tak mi się wydaje - dodała kobieta.
Naprawdę od kilku dni miałam takie przeczucie, jednak dzisiaj nasiliło
się i to znacznie. Szczególnie wtedy, gdy o niej pomyślałam. Szczerze mówiąc to
nie lubię tego daru, według mnie jest beznadziejny. Fakt posiadasz „przeczucie”
pewnego zdarzenia, sytuacji czy nadchodzących wydarzeń, ale nic konkretnego.
Bywa i tak, że potrafię odróżnić złe przeczucie od dobrego, dzisiaj dominuje
przewaga tego drugiego, ale wyczuwam też „delikatną” nutkę zła. A może mi się tak tylko wydaje? Moje dziwaczne przemyślenia przerwała
ponownie Esme.
- A gdzie Rose i Emmett, nie widziałam ich od wczoraj?
- Postanowili zapolować trochę dalej niż my – odpowiedział Ed zrywając
kontakt wzrokowy z matką.
Troszeczkę dalej? Coś się stało? - pomyślała.
Na ratunek ponownie ruszył Edward.
- Mamo, nic się nie dzieje. Wszystko jest porządku i na swoim miejscu,
Rose i Emmett powinni niedługo wrócić. Nie martw się niepotrzebnie.
No nie wiem?
- Esme proszę zaufaj nam - powiedziałam. - Chodź pokażę ci twoje
skrzypce.
- Dobrze.
Ed?
Tak?
Wyślij proszę im wiadomość, aby się pospieszyli, bo inaczej z planu
będą nici.
Nie ma sprawy, zajmij się nią.
~*~
Razem z Esme ruszyłyśmy
do mojego pokoju, nie miałam jej za złe, że się o nas martwiła. Ani za to, że
nakrzyczała, w końcu każda mama taka jest!
Mama!
Piękne słowo, osobiście nie używałam go nawet jako człowiek. Ponieważ
biologicznej matki nie znałam, a mojej adopcyjnej matki nie można było określić
takim mianem. Mimo, że jej przebaczyłam, nie mogłam zrozumieć jej postępowania.
- O czym myślisz? - zapytała.
- O Darcy, mojej… matce – odpowiedziałam z trudem. - Czasami
zastanawiam się czym się kierowała zabierając mnie od Lizzy?
- Chciała mieć dziecko, mimo iż było to niemożliwe. Wcale ci się nie
dziwię, że nie do końca rozumiesz jej postępowanie, oczywiście nie
usprawiedliwia to jej czynu. Ale widzisz, gdy nadchodzi ten czas i kobieta
pragnie dziecka, nie liczy się nic innego. Wiem o czym mówię, gdy sama byłam w
ciąży. To było niesamowite uczucie, jednak gdy mój synek zmarł, nie widziałam
już sensu życia. A teraz chodź bym chciałam mieć dziecko to… nie mogę –
powiedziała smutnym tonem.
- Jesteś z tego powodu nieszczęśliwa?
- Nie, bo mam was – obdarowała mnie uśmiechem. - Jednak nie można
powiedzieć tego o Rosalie, nigdy nie pogodziła się z myślą, że nie zostanie
matką.
- Nie wiedziałam.
- Z pewnością Rose kiedyś ci to opowie.
- Nigdy nie miałam takiej mamy jak ty, która by mnie wysłuchała,
przytuliła czy ucałowała w czoło. Bardziej liczyły się pieniądze, władza no i
ona sama - powiedziałam.
- Och, skarbie… teraz masz prawdziwy dom – pocieszyła mnie obejmując
ramieniem. - Nawet nie wiesz jaka jestem szczęśliwa, że jesteś tutaj z nami…
- Dziękuję… mamo!
Poczułam nagle, jak Esme znieruchomiała. Nie powinnam tak mówić
–
zbeształam się w myślach.
- Powiedziałaś do mnie mamo! - wykrzyknęła kobieta.
- Ja tylko…
- To najwspanialsze słowo, jakie matka może usłyszeć od dziecka.
Dziękuję Viviene.
Spojrzałam w oczy mojej mamy, błyszczały z podekscytowania i miłości,
a na twarzy pojawił się wielki uśmiech, który odwzajemniłam. W końcu znalazłam
miejsce w którym mogłam być szczęśliwa.
~*~
Rosalie i Emmett
zjawili się w południe, gdzie dostali olbrzymi wykład od Esme na temat:
„dlaczego znikacie bez śladu? I jak ja się o was martwiłam?”
Chwile później rozpoczęła się pierwsza lekcja skrzypiec, ponieważ mama
bardzo nalegała, więc się zgodziłam. Chłopaki natomiast zasiedli przed
telewizorem oglądając mecz hokeja.
Nasza edukacja muzyczna odbyła się w garażu, ponieważ nie chciałam za
bardzo przeszkadzać Edwardowi i Boskiemu. Uwierzcie pierwsze lekcje skrzypiec
to masakra dla innych członków rodziny, chociaż muszę przyznać, że dziewczynom
szło bardzo dobrze.
Po dwóch godzinach były w stanie zagrać podstawowe melodie zawarte w
podręczniku dla początkujących i znały wszystkie wartości nut. Byłam z nich
naprawdę dumna.
- Na dzisiaj kończymy – powiedziałam odkładając smyczek. - Poszło wam
doskonale!
- Naprawdę tak sadzisz? - zapytała Rose wpatrując się w rzędy
zapisanych nut.
- Rozmawiasz z ekspertem! Może pokażecie chłopcom rezultaty
dzisiejszej nauki? Chyba Carlisle też przyjechał.
- O tak - powiedziała Esme.
Następne półgodziny spędziliśmy w salonie słuchając dwóch krótkich
koncertów. Emmett patrzył na mnie z pożałowaniem, ponieważ zaproponowałam to
„nudne” widowisko, przerywając tym samym niezwykle ważny mecz footballu.
Natomiast Carlisle i Edward byli bardzo zadowoleni.
Jak ci się udało nauczyć je tak szybko grać?
Siła perswazji…
Ja pytam serio.
To bardzo dobre uczennice.
Chyba podziałało, bo już się ze mną nie spierał. Godzinę później
panowie ponownie zasiedli do sportu, Esme buszowała w Internecie, a ja i Rose
czytałyśmy książki. Nie minęły trzy minuty, a Edward zakomunikował.
- Przyjechali!
To prawda pod dom zajechało czarne BMW, a chwilę później w salonie
stanęła najprawdziwsza siostra mojego brata – Alice. Na pierwszy rzut oka była
niziutką i szczuplutką brunetką o kruczoczarnych, postrzępionych włoskach z
twarzą elfa o radosnym uśmiechu. Swoją pozytywną aurą i entuzjazmem potrafiła
zarazić każdego w promieniu kilometra.
- Cześć wszystkim, ale niespodzianka co? - zapytała.
- Witaj w domu kochanie - powiedział Carlisle wyłączając telewizor.
Chochlica podeszła po kolei do wszystkich, po czym każdego ucałowała,
aż stanęła naprzeciw mnie.
- Ja dobrze cię w końcu zobaczyć Viviene - powiedziała obejmując mnie
i całując również w policzek.
- Ciebie również Alice, piękna fryzura – odpowiedziałam z uśmiechem.
Odkąd Allie dowiedziała się, że jestem biologiczną siostrą Edwarda
spędzałyśmy na telefonie codziennie po kilkanaście godzin. Mimo, iż dzielił nas
Atlantyk poznałyśmy się doskonale i wiedziałam, że będziemy najlepszymi
przyjaciółkami.
- A gdzie Jasper, czyżbyś zostawiła go w Paryżu? - zapytał Boski
prężąc swoje mięśnie.
- Oczywiście, że nie! Jazz chodź już no! - zawołała.
- Idę. Byłbym szybciej, gdyby ktoś mi pomógł z walizkami, ale czy tutaj
ktoś się pofatyguje? – Do naszych uszu doszedł głos kolejnego wampira.
Poczułam nieprzyjemny dreszcz, a zaraz potem lawinę skojarzeń
związanych z tym głosem. Już gdzieś go słyszałam – pomyślałam.
- To nie hotel - odezwał się Emmett, wyrywając mnie z chwilowej
zadumy. - Tutaj nie ma chłopców hotelowych, rozleniwiłeś się stary!
- Tutaj nawet hotelowy nie dałby rady! – Odpyskował mąż Alice wchodząc
do salonu.
Nie… to nie możliwe?! Czyżby to on? Nieee…
„Jesteśmy
sami dla siebie największą niespodzianką” - Paulo Coelho
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz