17 lutego 2016

Rozdział 75



Skupiłam się na prośbie ukochanego, jednak nawet tak prosta czynność, jak oddychanie przychodziło mi z trudem. Nadal byłam w szoku po tym, co zobaczyłam w wizji Alice. Dantejskie sceny z udziałem moich najbliższych całkowicie wyprowadziły mnie z równowagi. William przytulił mnie do siebie i posadził na kanapie, nie wypuszczając z objęć.
Boże! – krzyczały moje myśli. – To nie może być prawda, to nie może się spełnić!
             - Po nas? – Spytała Bella przerażonym głosem, patrząc to na swojego męża, to na Emmetta i Rose. – Jak to "po nas"?! Co to znaczy?! – Jej słowiczy sopran podskoczył o oktawę wyżej.
             - Volturi?! – Zabrał głos najstarszy wampir. – Niby dlaczego? Nic z tego nie rozumiem – dodał kręcąc głową.
             - Przybywają by wykonać wyrok, razem ze świadkami, żonami i całą strażą – oznajmił nam Edward grobowym tonem. – Uważają Renesmee za nieśmiertelne dziecko.
             - Nieśmiertelne dziecko? Serio? – Powtórzył William z zawoalowanym sarkazmem, by zaraz dodać. – Przecież ona nie wygląda na nieśmiertelne dziecko – wskazał w kierunku bawiącej się na zewnątrz dziewczynki. 
             - To prawda – poparła mojego ukochanego Isabella, wpatrując się w córkę. – Rośnie, bije jej serce, zmienia się z dnia na dzień!
             - My to wiemy, Williamie – wtrąciła Alice smutno, kurczowo trzymając się ramienia Jaspera. – Oni jednak nie. Nie będą chcieli słuchać, przyjdą po prostu nas ukarać.
             - A skąd oni w ogóle wiedzą o Renesmee? – Odezwałam się głosem zupełnie do mnie nie podobnym.
             - Irina – tym razem wyjaśnił Emmett. - Gdy was nie było odwiedziła nas, a właściwie – podrapał się po głowie, chcąc ukryć zażenowanie. – Zobaczyła tylko Nessie na spacerze ze mną, Rose i Jacobem. Spojrzała na nas i uciekła, gdzie pieprz rośnie.
             - Nie mogliście jej zatrzymać? – Spytała z przyganą Bella.
             - Nie zdążyliśmy – powiedział zrezygnowany Em. – A  uwierz, bardzo się starałem. 
             - Naprawdę, Irina? – Spytał Will z szokiem w głosie. – Doniosła na nas? Na swoją rodzinę? Ale dlaczego?
             - No właśnie, dlaczego? – warknęłam. – Czyżby chciała zemścić się za to, że zaprosiłeś Edwardzie wilki na wesele? – a zaraz dodałam. – Nie no, to nie ma zupełnie sensu… Nie mogłaby…
             - Matka Iriny, Kate i Tanyi stworzyła nieśmiertelne dziecko wiele lat temu i została skazana za to na śmierć przez Volturi – odezwał się nagle Carlisle. – Prawdopodobnie, dlatego poinformowała Aro.
              - Nie wiedziałam o tym – powiedziałam i zwróciłam się do reszty Cullenów. – A wy?
              - Nie – odpowiedzieli wszyscy zgodnie poza moim biologicznym bratem.
            Edwardzie? – Zwróciłam się do niego w myślach.
            Tanya kiedyś wspomniała o tym, straszne dzieje – odpowiedział od razu.
              - To była wielka tragedia dla klanu Denali – zaczął nasz ojciec ze smutkiem. – Sasha* – biologiczna matka Tanyi – wbrew naszemu prawu przemieniła trzyletniego chłopca w wampira – Carlisle podążył wzrokiem po nas wszystkich, widząc, że słuchamy z zapartym tchem kontynuował. – To były bardzo niespokojne czasy dla wampirów – rebelie, zamachy i okres nieśmiertelnych dzieci. Volturi dwoili się i troili by jak najszybciej zapanować nad chaosem, który z dnia na dzień stawał się coraz bardziej niebezpieczny dla tajemnicy istnienia naszego gatunku. Jak możecie się spodziewać Volturi odnaleźli Sashę i jej nowego podopiecznego i ukarali ich – odebrali im życie na oczach Tanyi, Kate i Iriny.
             - Dziewczynom darowano życie, ponieważ nic nie wiedziały o tym, że ich matka stworzyła nieśmiertelne dziecko – dodał Edward. – W związku z tymi wydarzeniami, klan Denali bezkrytycznie poprzysiągł sobie przestrzeganie wampirzego prawa.
             - No to już znamy jej motyw – rzucił William.
             - A co ona tutaj w ogóle robiła? – Zabrał głos Jasper po chwili.
             - Kontaktowaliśmy się z klanem Denali zaraz po niedoszłym spotkaniu z Iriną – powiedział Emmett. – Kate powiedziała nam, że Irina chciała się z nami pogodzić i przeprosić za swoje zachowanie na weselu.
             - Nie wierzę, że to zrobiła – pokręciłam głową z niedowierzaniem. – Po prostu, to nie mieści się w głowie – ukryłam twarz w dłoniach.
             - Vivi, tylko spokojnie – odezwał się Edward w moim kierunku.
             - Spokojnie!? – Krzyknęłam zrywając się z kanapy, jak oparzona. – Jak mogę być spokojna, skoro właśnie dowiedziałam się o wyroku śmierci na swoją rodzinę – warknęłam w jego stronę.
             - To wizja – sprecyzowała hardo Alice. – Tylko… wizja.
Dobrze wiesz Edwardzie, że Aro nie odpuści – ponownie zwróciłam się do brata w myślach. – Widziałam to w jego oczach – żądzę, pragnienie, chęć posiadania ponad wszystko! Prędzej czy później będzie chciał nas zwerbować w swoje szeregi, zwłaszcza mnie i Alice! 
            Zrobię wszystko, by ta przepowiednia nigdy się nie spełniła – opowiedział mi.
             - Jeszcze nic nie jest przesądzone – wtrącił William, próbując mnie uspokoić.
             - Przecież Volturi nie przybywają tutaj by pertraktować, tylko by wykonać wyrok – oznajmiłam młodemu wampirowi. – To jasne, dlaczego potrzebują aż takiej widowni.
             - Nie – odezwał się tym razem Edward z nie małym podekscytowaniem. – Nie tym razem Viviene, zbierzemy własnych świadków, którzy potwierdzą, że Renesmee nie jest nieśmiertelnym dzieckiem, to powinno ich zatrzymać, chociażby na chwilę – spojrzał z nadzieją w oczach na najstarszego wampira w rodzinie, a zaraz potem na mnie. – Carlisle, masz mnóstwo znajomych i ty – Viviene…
             - Nie poproszę ich, żeby walczyli – przerwał blondyn swojemu synowi.
             - Carlisle ma racje – dodałam nadal podminowana. – Wybij sobie to z głowy, że narażę ich…
             - Nie będą walczyć – sprecyzował mój brat. – Poprosimy ich jedynie o świadectwo, o potwierdzenie prawdy, że moja córka to w połowie człowiek w połowie wampir.
             Zerknęłam na ojca, który usilnie przyglądał się Edwardowi. Wiedziałam, że właśnie analizował wszystko po stokroć w swojej głowie, a właściwie plan wampira. Ponownie mój wzrok skierowałam ku mojemu starszemu bratu.
             - Jeżeli istnieje jakakolwiek szansa na to, by się bronić, to powinniśmy ją wykorzystać – powiedział wreszcie Carlisle. – Prośba o bycie świadkiem nic nas nie kosztuje.
             - Viviene? – Zwrócił moją uwagę William. – Co o tym sądzisz?
            Wszyscy zebrani jak jeden mąż wpatrywali się teraz we mnie. Wóz albo przewóz…
             - Zgadzam się z ojcem – to powiedziawszy pokiwałam głową. – Oto możemy prosić naszych przyjaciół. Ale jeżeli dojdzie do walki, miedzy nami a Volturi…
             - Nie dojdzie do żadnej walki – przerwał mój ukochany dość władczym tonem. – I błagam Vi, nie myśl inaczej – posłał mi uśmiech. – Zatrzymamy tę królewską hałastrę i wyjaśnimy, jaka jest prawda.
             - Mów tak dalej, a twoja siła perswazji może zdziała cuda – rzucił na stronie Emmett.
             - Ona działa cuda, bracie – skwitował William. – Trzeba tylko w to wierzyć.
             - Will ma racje – poparła go Alice. – Będzie dobrze, musi!
             - W takim razie – zakomenderował Edward. – Bierzmy się do roboty, mamy wiele do zrobienia. Trzeba wpierw ustalić plan…
             - Plan jest prosty – odezwał się Carlisle. – Zbieramy sojuszników, tylu ile się da, a potem… cóż… czekamy na pozytywne rozpatrzenie sprawy.
              - Dobrze – dodałam. – W takim razie spotkajmy się jutro z samego rana w Snasa, ustalimy szczegóły i… plan – po czym wtrąciłam jeszcze. – Porozmawiajcie też z Jacobem, czy wilki z rezerwatu nie przyszłyby nam z pomocą – spojrzałam na Jaspera, który ochoczo pokiwał głową, zgadzając się z moim tokiem myślenia. –  Każdy basior byłby na wagę złota.
             - Na pewno pomogą – zapewniła Bella, spoglądając na stojącego w ogrodzie Jake’a z Nessie.
             - Musimy jeszcze z Willem podjąć decyzję, co z będzie z Esmeliss – oznajmiłam rodzinie, przejmując córkę od Rose. – Jej istnienie musi pozostać w tajemnicy, oczywiście będzie chroniona w waszych myślach, ale…
             - Nie może zostać zauważona – dokończył za mnie William.
             - Macie jakiś plan? – zapytał Edward.
             - Dajcie nam się zastanowić – powiedział mój ukochany poważnym tonem. – Ta sytuacja jest… dość nieoczekiwana, owszem mamy kilka opcji, ale musimy każde z Vi przedyskutować – spojrzał na mnie i dodał. – Jutro powiemy wam, co zadecydowaliśmy. Bezpieczeństwo Esmeliss jest dla nas tak samo ważne, jak bezpieczeństwo Nessie.
 - To oczywiste – wtrącił Carlisle i pożegnał nas od razu. – W takim razie widzimy się jutro.

~*~

Do domu w Snasa wpadłam jak burza, mimo, że w mojej głowie panował totalny chaos myśli, postanowiłam na chwilę oddalić się od całej tej chorej sytuacji. Wykąpałam więc, przebrałam i nakarmiłam córeczkę, a następnie przetransportowałam ją do wózka i oddałam pod opiekę Williama. W międzyczasie zrobiłam pranie, rozpakowałam walizki całej naszej trójki, wysprzątałam i wypastowałam pakiet w salonie na kolanach, a także wyprasowałam górę prania. Zabierałam się właśnie za wykładanie rzeczy Lissy ze suszarki, kiedy ktoś zaczął mną szarpać.
 - Vi?! – Podniósł głos William. – Do jasnej cholery, Viviene!
             - Och na Boga, dlaczego krzyczysz?! – Warknęłam na wampira podenerwowana.
             - Bo jak mówię do ciebie normalnym tonem to mnie nie słyszysz – odpowiedział zakładając ręce na piersiach. – Możesz już przestać – wskazał na górę prania. – Od czterech godzin robisz wszystko byle by ze mną nie rozmawiać. Skarbie, nie zachowujesz się normalnie.
             - O czym ty mówisz? – Wtrąciłam ze zdziwieniem, ponieważ naprawdę nie miałam pojęcia, o co chodziło mojemu ukochanemu.
             - Vi, proszę cię – spojrzał na mnie w troskliwy sposób. – Pastowanie wypastowanych podług, zmiana nowiusieńkich zasłon w pokoju dziecinnym, czyszczenie nowej tapicerki w salonie? To nie ty, Vi – stwierdził. 
            Czyżbym przesadziła? – Spytałam samą siebie. Na mojej twarzy zapewne pojawiła się mina zdezorientowania. Spojrzałam na trzymane przeze mnie ubranka Lissy i zaraz odłożyłam je do koszyka z resztą wypranych rzeczy dziecka. 
             - Masz rację, to nie ja – posłałam mu nikły uśmiech. – Po prostu wyłączyłam się. Musiałam – przyznałam. – Zbyt dużo się dziś działo.
             - Wiem skarbie, wiem, ale już wróć do mnie  – przyciągnął mnie William do siebie i mocno przytulił. – Chodź, sprawdzimy co u Esmeliss.
            Nie protestowałam tym razem i dałam się poprowadzić na pierwsze piętro. 

~*~

            Nasza córka spała w najlepsze w swoim łóżeczku, dlatego tylko nakręciliśmy jej ulubioną karuzelę i udaliśmy się do swojej sypialni. 
             - Masz już jakiś plan? Prawda? – Spytałam Williama, kiedy już mogliśmy spokojnie rozmawiać.
             - Mam – odpowiedział od razu. – I jestem pewien, że się z nim zgodzisz, ponieważ bezpieczeństwo Esmeliss powinno być dla nas najważniejsze.
             - Wiem, Will.
             - Nawet ważniejsze, niż Renesmee – wyszczególnił.
             - Chryste – przewróciłam oczami, nad jego dość niedorzecznym stwierdzeniem. – To chyba zrozumiałe, skoro Lissa jest naszym dzieckiem. Nie mniej jednak, obydwie są dla nas ważne. Ness należy do rodziny, a my chronimy naszą rodzinę – zacytowałam ulubiony slogan Esme. – Z resztą nieważne, Edward zrobiłby dla nas dokładnie to samo, ale wracając do meritum…
             - Na czas całej „akcji” musimy Esmeliss zabrać z Snasa, nikt nie może o niej wiedzieć, nawet nasza… rodzinka z Denali – powiedział.
             - No to zrozumiałe – skwitowałam.
             - Dlatego zabierzemy Lissę do Eileenhill…
             - CO?! – Poderwałam się z miejsca automatycznie. – Zwariowałeś? Chcesz ją tam zostawić samą?
             - No przecież nie będzie sama – odpowiedział, jak gdyby nigdy nic. – Jest Claudia, Noel, Eileen i reszta harpiowskich cioć, które będą w stanie zapewnić jej całkowite bezpieczeństwo…
             - O nie, nie, nie mój drogi – rzuciłam już wkurzonym tonem. – Nie zostawię mojego dziecka samego!
             - Ale Vivi…
             - Pojedziesz razem z nią do Eileenhill – wypaliłam nagle. – Będziesz podczas całej akcji z Lissą.
             - CO?! – Teraz młody wampir naskoczył na mnie. – Niby jak ty to sobie wyobrażasz? Jak przez „całą akcje”? – Spytał nakreślając w powietrzu cudzysłów.
             - Normalnie to sobie wyobrażam – odpowiedziałam szczerze. – Jesteś jej ojcem, więc z nią zostaniesz w rezydencji Eileenów, podczas gdy ja pojadę na poszukiwania świadków.
             - Ty pojedziesz? – Zdziwił się bardzo.
             - A kto, przepraszam bardzo? – Stanęłam w bojowej pozie z rękami na biodrach. – Powiedzmy sobie szczerze Will, gdybyśmy mogli pojechalibyśmy razem, ale w tym wypadku jeżeli Lissa może mieć przy sobie choćby jednego z rodziców, nie możemy zrobić inaczej. Poza tym, będę spokojniejsza wiedząc, że jesteś tam z nią.
             - No dobrze, a później, jak już wrócisz? – Ponownie się odezwał. – Zostaniesz z Cullenami?
             - Nie – odparłam po chwili zastanowienia. – Wtedy dołączę do ciebie i Lissy w Eileenhill, ale podamy do oficjalnej wiadomości, że nadal razem poszukujemy kolejnych wampirów – zaczęłam chodzić po pokoju. –  Oczywiście, wrócimy kilka razy do Snasa żeby nie budzić podejrzeń wśród naszych świadków.
             - To wydaje się rozsądne – powiedział po minucie William. – Może się udać.
             - Jednakże na czas konfrontacji z Volturi będziemy musieli zostawić Lissę z harpiami – dodałam jeszcze. – Wielkiej Trójce musimy pokazać się wszyscy, bez wyjątku.
             - Nie martw się, Vi – posłał mi pogodne spojrzenie. – Wierzę, że wszystko będzie dobrze, że załatwimy sprawę z Volturi ugodowo.
             - Miejmy nadzieję, że ta ugoda nie będzie w postaci dożywotniej służby kogokolwiek z nas w Volterze – wtrąciłam. – Chociaż, jeżeli miałabym wybierać śmierć członka rodziny czy służba w ramach zadośćuczynienia, chyba wiesz, co bym wybrała.   
 - Nie dojdzie do tego, zobaczysz – zapewnił raz jeszcze i zaraz zmienił temat. – Lepiej zastanów się, dokąd pojedziesz w poszukiwaniu znajomych. Carlisle mówił, że masz ich podobno całkiem sporo.
 - Trochę ich będzie, ale to i tak za mało – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Ale masz rację trzeba zrobić kolejny plan działania – posłałam mu uśmiech. – Chodźmy do salonu trzeba w biblioteczce znaleźć mapę Europy, a właściwie Portugalii.

~*~

            Następnego dnia został przedstawiony plan działania wszystkim członkom rodziny. Pokrótce, na poszukiwania świadków wyjeżdżali wszyscy Cullenowie z wyjątkiem Edwarda i Belli oraz Williama, który razem z Esmeliss miał zostać odesłany na czas akcji z Volturi do Eileenhill. Alice i Jasper mieli udać się do Ameryki Południowej i Meksyku, Rosalie i Emmett do Kanady, Stanów i na Alaskę, a ja i Carlisle do Europy, Afryki i Azji.
Ponadto, Quileuci od Jacoba zgodzili się pomóc nam, jednak ich zastępy pojawić się miały w Snasa dopiero za kilka tygodni, ponieważ wcześniej wataha musiała przeorganizować pracę grupy oraz wydelegować posiłki, które miały dołączyć do Blacka. Według  jasno ustalonego planu mieliśmy przekonać wampiry do pomocy, zaprosić ich do Norwegii, gdzie mieli być witani już przez najmłodszy odłam Cullenów – Bellę, Edwarda i Renesmee.
            W ciągu kolejnych trzech dni, zaopatrzeni w pokaźny zapas gotówki, bilety lotnicze i walizki podręczne – ruszyliśmy w świat. Jednak ja zanim oficjalnie przekroczyłam norweską granicę musiałam jeszcze udać się w podróż na północ, by zawieść, a właściwie przeprowadzić Esmeliss i Williama do Eileenhill. 
             - Nienawidzę tego uczucia – powiedziałam smutno do Willa, kiedy trzymałam Lissę po raz ostatni w ramionach przed wyjazdem. – Będę tęsknić bardzo – ucałowałam córeczkę w oba policzki i podałam śpiące dziecko wampirowi. – Kocham was – spojrzałam na ukochanego tęsknym wzrokiem.
             - My ciebie też – odpowiedział i przytulił mnie do siebie. – Będziemy dzwonić codziennie i będziemy robić zdjęcia, obiecuję.
             - Wiem, wiem – odparłam  i zaraz dodałam, żeby całkowicie się nie rozkleić. – Wejdź do środka z Lissą, tutaj jest za zimno.
             - Jesteś strasznie apodyktyczna, wiesz? – Zażartował chłopak, chcąc rozładować napiętą atmosferę.
             - Proszę, Will – ponowiłam, obserwując swojego drzemiącego skarba.
             - Ostatnie buzi i idziemy – oznajmił mój ukochany, po czym przyciągnął mnie blisko i złożył na moich ustać czuły i długi pocałunek. – Kocham cię – szepnął mi do ucha, przytulił jeszcze raz i powolnym krokiem ruszył do rezydencji.
             Obserwowałam jak William znika mi z pola widzenia nie poruszywszy się nawet o milimetr, czułam jakby ktoś wyrywał mi część serca, powoli – kawałek po kawałku. Tęsknota była czymś czego najbardziej w świecie nienawidziłam, zwłaszcza, że rodzaj tej tęsknoty nie był mi nigdy znany, dlatego też nie za bardzo wiedziałam, jak sobie z nią poradzę.
             - Wszystko będzie dobrze – obok mnie zjawiła się Claudia. – Zobaczysz, nim się zorientujesz z powrotem będziesz w Eileenhill.
             - Mam nadzieję, że uda mi się załatwić to w miarę szybko – dodałam. – Opiekuj się nimi, dobrze?
             - Oczywiście – posłała mi piękny uśmiech. – O nic się martwić nie musisz – i wtrąciła jeszcze tym razem poważnie. –  I pamiętaj, że im więcej świadków zdobędziecie, tym większa szansa na zatrzymanie Aro.  
             - Wiem i dziękuję – powiedziałam szczerze. – W takim razie – pożegnałam się. – Do zobaczenia.
             
~*~

Mój samolot do Oslo był dopiero następnego dnia rano, dlatego postanowiłam spędzić tę noc w towarzystwie brata, jego żony i Nessi. Do pustego i cichego Snasa nie chciałam wracać sama, zwłaszcza, że tam każdy kąt przypomniał mi o Esmeliss i Williamie, za którymi już bardzo tęskniłam. Spojrzałam w kierunku ogrodu, gdzie bitwę na śnieżki toczyli ze sobą Jake, Bella, Ness i Seth, a w moim sercu pojawił się smutek i tęsknota.       
 - Vivi? – Spytał znienacka Edward, zachodząc mnie od tyłu. – Dlaczego nic nie mówisz i jesteś taka cicha, to do ciebie nie podobne.
 - Zbyt dużo myśli kłębi się w mojej głowie – odpowiedziałam po chwili. – Powoli czuje, że zaczynam wariować – usiadłam na kanapie i westchnęłam. – Poza tym, smutno mi, że przez dłuższy czas nie zobaczę Lissy. Jest taka malutka…
 - Viviene, wszystko będzie dobrze, naprawdę – przysiadł się obok mnie. – Nie zamartwiaj się na zapas, proszę – objął mnie ramieniem. – William ma rację, myśl pozytywnie.
 - Od kiedy to bezgranicznie słuchasz tego, co on mówi? – Wtrąciłam z ironią. – Ty, Pan Idealny?
- Bo ma chłopak rację i już – powiedział z uśmiechem. – Poza tym, nigdy nie byłem idealny i chyba nigdy nie będę – a zaraz potem dodał już na poważnie. – Myślisz Vivi, że nie zdaje sobie sprawy, że cała ta sytuacja z Renesmee i Volturi nie jest moją winą – wstał i zaczął chodzić po salonie, kontynuując. – Że gdyby nie moja głupkowata chęć popełnienia samobójstwa przed Aro i resztą świętej trójki, wszyscy prawdopodobnie bylibyśmy bezpieczni… A teraz jeszcze wmieszałem to twoją córeczkę…
 - Edwardzie… - próbowałam powiedzieć cokolwiek, jednak brat mi to uniemożliwił.
 - Nie, Viviene – przerwał dość nerwowo. – Dobrze wiem, że to ja nawaliłem na całej linii i niestety muszę z tym żyć. Dlatego też obiecałem sobie, że Volturi będą ostatnią rzeczą jaką w życiu spieprzyłem – to powiedziawszy zbliżył się do mnie i chwycił za dłonie. – Obiecuję ci to, jak obiecałem to Belli. Wyjdziemy z tego cało, bez jakichkolwiek strat. Będziemy bezpieczni.
 - Musimy w to wierzyć z całych sił – przyznałam szczerze, uśmiechając się do brata delikatnie.
 - O której masz jutro samolot? – zapytał.
 - 11.30 – odpowiedziałam zerkając na zegarek.
 - Świetnie – skwitował wampir. – W takim razie wyskoczmy na polowanie, ty i ja, jak za…
 - Starych, dobrych czasów? – Dokończyłam z lekką ironią.
 - Jak za starych, dobrych – powtórzył, przyciągając mnie bliżej siebie. – Czyli?
 - Kto ostatni ten trąba! – Krzyknęłam i wyskoczyłam przez taras pędząc w stronę lasu.

~*~

Trzy tygodnie później,

Cała podróż poszukiwawcza zajęła mi dobre trzy i pół tygodnia, podczas których wędrowałam, biegałam i latałam (dosłownie) po Europie w poszukiwaniu nie tylko swoich znajomych, ale i miałam nadzieję znaleźć inne wampiry, które byłyby skłonne nam pomóc.
Swoje pierwsze kroki skierowałam do Lizbony, gdzie dość szybko udało mi się odnaleźć znajomego druha – wampirzycę Ingrid. Spotkanie po latach wywołało o dziwo wiele wzruszeń, ale i radości. Ingrid uchodziła za miłą i niezwykle odważną kobietę, która ponad wszystko kochała swój kraj i mężczyzn. Była urodzoną wojowniczką o wielkim sercu i harcie ducha. Obdarzona przez wampirzą naturę darem przeczucia przyszłych zdarzeń opanowała przez stulecia do perfekcji i sprawnie wykorzystywała. Ku mojej uciesze, wampirzyca nie tylko zgodziła się zostać świadkiem w naszej sprawie, ale i postanowiła razem ze mną poszukać kolejnych nieśmiertelnych.
            Z Portugali razem z Ingrid udałyśmy się do Saragossy w Hiszpanii, gdzie mieszkały dwie znajome wampirzycy – Jimena i jej partnerka Astoria. Dziewczyny na pierwszy rzut oka wydały mi się bardzo sympatyczne, jednak po dłuższej chwili spędzonej na rozmowie już wiedziałam, że kochają krwawe polowania, urządzając sobie swego rodzaju zawody „rozpruwaczy”. Nie powiedziałam jednak nic negatywnego na ten temat, ponieważ wiedziałam, jak ważny jest każdy przywieziony przeze mnie świadek. Spędziłyśmy razem dwa dni, a potem moje znajome ruszyły na północ, ku Norwegii, gdzie oczekiwać je miał mój brat i bratowa. Ja natomiast ruszyłam w dalszą podróż.
            Kolejnego dnia wieczorem już na terenach Francji, w okolicach Lourdes spotkałam dwóch reprezentantów swojego gatunku – Antoine i Placide. Panowie nie grzeszyli francuską gościnnością, flirtem i doskonałym poczuciem humoru, jednak nie zamierzali pomimo swoich najlepszych chęci opuszczać rodzinnej Francji. Nie zniechęcając się zatem wcale, ruszyłam dalej na wschód – Tuluza, Montpellier, Awinion, Marsylia i wreszcie Cannes, gdzie w samym centrum miasta natknęłam się na wampira-samotnika – Amelię.
Wampirzyca zaintrygowana moim sposobem życia i niesłychanymi wydarzeniami w której uczestniczyli Cullenowie, bez zawahania postanowiła pomóc mojej rodzinie. Kobieta, mimo, że uważała się za Nomadkę nie wyglądała jak typowy przedstawiciel tej grupy społecznej. Elegancko ubrana, pełen makijaż i manicure, ciemne włosy idealnie przystrzyżone i doskonałe maniery, zachowane nawet podczas sączenia przez nas butelki Sauvignon Blanc z roku 1989, całkowicie burzyło obraz klasycznego Nomada.
Amelia od razu mi się spodobała, nie tylko przez to, że miała świetne wyczucie w modzie, ale przede wszystkim dlatego, że pomimo wściekle czerwonych tęczówek, ukrytych za przyciemnianymi okularami, patrzyła na mnie z takim ciepłem i zrozumieniem, jak kiedyś Esme. Biła od niej niezwykła zdolność empatii w stosunku do drugiego człowieka, ponieważ aż chciało się z nią rozmawiać i obdarzyć zaufaniem. Ponadto widać było, że nie raz została doświadczona przez los i chciała walczyć o swoje szczęście do samego końca. Z tego co zdradziła mi, urodziła się i dorastała na Słowacji, później wyjechała do Francji, gdzie została guwernantką, wyszła za mąż, urodziła czwórkę dzieci i jak sama zabawnie stwierdziła „przeszła” na wampiryzm. Dzień później pożegnałyśmy się, by za tydzień lub dwa ponownie spotkać się już w Snasa. Wcześniej jednak Amelia poleciła mi odwiedzić jeszcze kilka adresów we Francji, gdzie mogłabym zdobyć sojuszników.
Następne trzy dni zajęła mi podróż zgodnie ze wskazówkami wampirzycy – Nicea, Lyon i Paryż, jednak nie natknęłam się na nikogo wartego uwagi, dlatego też skierowałam się na lotnisko i kupiłam bilet do Sofii. Kolejnym przystankiem w mojej podróży był bowiem Sozopol w Bułgarii, gdzie udałam się do znajomych Stefano i Damona – Daniela i Roberta – braci w tym samym wieku co Salvatorowie i o podobnej historii życiowej.
Wampiry odnalazłam bez jakichkolwiek problemów, zwłaszcza, że czekali na mnie dzięki uprzejmości Stefano, który uprzedził ich o moim przybyciu. Panowie wyglądający prawie identycznie z tą różnicą, że Daniel był blondynem o kręconych włosach, a Robert brunetem nie odróżniało od siebie na pierwszy rzut oka nic innego. Obydwoje weseli z poczuciem humoru i cudownym optymizmem bez zająknięcia zgodzili się poświadczyć w naszej sprawie. A kiedy dowiedzieli się, że Salvatorowie również wezmą udział w akcji z Volturi, byli gotowi rzucić wszystko i od razu przylecieć do Snasa. 
Kolejnym przystankiem w mojej podróży miała być Turcja, jednak z informacji zdobytych przez moich nowych znajomych Bułgarów, tamtejsze wampiry nie były skłonne do pomocy czy jakiegokolwiek świadkowania, ponieważ podobnie jak wampiry w Rumunii czy Bułgarii były pod stałym nadzorem Włoch. Dlatego też, nie chcą się narazić nikomu, ani tym bardziej wzbudzić zainteresowanie Volturi, postanowiłam ruszyć do Izraela, gdzie według planu miałam spotkać się z Carlisle i wampirem, który podobnie jak my stronił od ludzkiej krwi.
Wylądowałam już o zmierzchu w Jerozolimie, dzięki czemu nie musiałam się martwić o iskrzącą się w słońcu wampirzą skórę i ruszyłam na wskazane przez Cullena miejsce. Tam czekał na mnie niestety tylko Samuel – wysoki, dobrze zbudowany wampir o miłym bursztynowym spojrzeniu i czarującym uśmiechu. Ojcu niestety nie udało się złapać samolotu w porę i mógł dołączyć do nas dopiero następnego dnia. Niemniej jednak, wampir okazał się bardzo przyjazny i chętny do pomocy, a ponieważ już od jakiegoś czasu nie podobała mu się polityka rządzącej wampirzej rodziny królewskiej, postanowił zrobić coś dla dobra ogółu. Spędziłam jeszcze kilka godzin w towarzystwie Samuela, kiedy to czekając na Carlisle chłopak postanowił pokazać mi Jerozolimę z wampirzego punktu widzenia. Musiałam przyznać, że było warto choć na chwilę oderwać się od głównego celu mojej podróży, miasto – jego położenie, architektura i historia sprawiło wrażenie, jakby czas zatrzymał je w miejscu, tysiące lat wstecz. Jedno było pewne, za dnia widok Jerozolimy musiał być powalający, zwłaszcza, gdy wyobraziłam sobie iskrzącą się na słońcu złotą Kopułę na Skale na tle panoramy miasta.
Z ojcem widziałam się tylko przez chwilę, ponieważ lada chwila musiałam ruszyć w dalszą drogę. Wymieniliśmy jedynie kilka zdań na temat, ile wampirów udało się nam pozyskać, gdzie udajemy się w dalszą podróż i kiedy wreszcie spotkamy się w domu. Nasze spotkanie musiałam przyznać dodało mi energii do działania, bowiem wiedziałam, że tak samo on, jak i ja tęsknimy za rodziną, ale w związku z tym, że mieliśmy najwięcej wampirzych kontaktów, to od nas zależało w tym wypadku najwięcej. Musieliśmy się poświęcić dla dobra rodziny. Carlisle został jeszcze jeden dzień w Jerozolimie z Samuelem, by przekonać kolejnego wampira do świadkowania, po czym miał ruszyć do Egiptu i spotkać się ze starym druhem – Amunem.
Kilka godzin później byłam już w drodze na lotnisko w Tel Awiwie, gdzie moim kolejnym przystankiem w podróży miał być Bangkok. Mimo, że od mojej wizyty w tamtym mieście minęły ponad dwie dekady, nadal miałam nadzieję, że odnajdę tam swoich znajomych, a jeśli nie swoich to pozyskam nowych. Bangkok bowiem był tak samo popularny w naszym wampirzym świecie, co w ludzkim Las Vegas, gdzie liczba ludzi i wampirów była porównywalna. Zaraz po przylocie zatrzymałam się w hotelu przy lotnisku, zmieniłam garderobę na bardziej odważniejszą i zrobiłam ostrzejszy makijaż. Musiałam wpasować się w tutejsze wampirze towarzystwo, w przeciwnym wypadku mogli mi nie tylko nie zaufać, ale i mogłabym wydać się im „podejrzanym” towarzystwem. Zatem odziana w seksowną skórzaną sukienkę przed kolano, ramoneskę z ćwiekami, muszkieterki i krwistoczerwone usta, ruszyłam w miasto, które nigdy tak naprawdę nie sypia.
Kiedy wysiadałam z taksówki nagle rozdzwonił się mój telefon, zdziwiona nieznajomością numeru odebrałam.
 - Halo? – Zaczęłam niepewnie.
 - Viviene Cullen? – Odezwał się damski, słowiczy sopran po drugiej stronie.
 - Tak, to ja – odpowiedziałam. – A z kim mam przyjemność rozmawiać?
 - Mam na imię Lieke – przedstawiła się. – Jestem przyjaciółką Sofii…
 - Sofii? – Zdziwiłam się i zaraz zaczęłam się zastanawiać, czy nie poznałam już jakieś dziewczyny o tym imieniu. – Jakiej…
 - Dostałam twój numer telefonu od Amelii, może tak będzie prościej – wyjaśniła szybko. – W każdym razie, jeśli będziesz w Bangkoku…
 - Aktualnie jestem w Bangkoku – wtrąciłam i przy okazji obejrzałam się dookoła, stałam na środku chodnika trącana przez tabuny ludzi, więc czym prędzej stanęłam z boku.
 - Świetnie – ucieszyła się i zaraz przeszła do konkretów. – Znam jedną osobę, która będzie mogła pomóc twojej rodzinie.
 - Naprawdę? – Mój głos podskoczył o oktawę wyżej.
 - Pewnie – odpowiedziała. – Soraya to pokojowa dusza, dla równowagi yin&yang w przyrodzie zrobi wszystko.
 - Okej, w takim razie zamieniam się w słuch, bo nie mam zbyt wiele czasu –powiedziałam i ruszyłam w kierunku o którym mówiła wampirzyca.
 - Łatwo ją odnajdziesz ją w tłumie, ponieważ ma włosy, cerę i kiecki białe jak śnieg, więc wygląda czasami – zaśmiała się wampirzyca. – Trochę jak królowa śniegu i lodu.
 - Dziękuję ci bardzo – przyznałam.
 - Nie ma za co tak naprawdę – dodała. – Ja podałam ci wskazówkę, teraz od ciebie tak naprawdę zależy czy Soraya ci pomoże. Jak wspomniałam jest chętna do pomocy, ale problem polega na tym, że musisz jej zaimponować i zdobyć jej zaufanie, a to nie często się zdarza.
 - Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, czyż nie? – Spytałam z pewnością.
Po drugiej stronie słuchawki usłyszałam anielski chichot.
 - Powodzenia i do zobaczenia Viviene – powiedziała chwilę później.
Rozłączyłam się i pokręciłam głową z niedowierzaniem, a zaraz potem włączyłam się ponownie do tłumu przechodniów, zmierzając do jednego z miejscowych pubów, które było królestwem wampirów z całego świata. Kiedy dotarłam na miejsce i spojrzałam na szyld ‘miejscówki” rzuciłam pod nosem bardzo zadowolona z siebie:
 - Nie ma jak w domu, co nie Josh.

„Człowiek wędruje po świecie w poszukiwaniu tego,
czego mu trzeba i wraca do domu, by tutaj to znaleźć”
- George Moore


*- informacja z Twilight Wiki, ja sobie tego nie wymyśliłam ;)

8 października 2015

Rozdział 74



Biały Pałac, Eileenhill

            Królowa w długiej jasno turkusowej sukni przechadzała się wzdłuż sali balowej, która z minuty na minutę zmieniała się nie do poznania. Ciężkie zasłony z okien zostały zdjęte i zastąpione materiałem niezwykle delikatnym w odcieniu srebra, złota i bieli, co sprawiło, że do pomieszczenia wpadło więcej przyjaznego światła. Przy każdym oknie ustawiono wystawne świeczniki oraz wysokie wazony z kwiatowymi aranżacjami. Marmurowe kolumny zostały oplecione girlandami wielobarwnych róż, a ze szklanego sufitu zwisały złoto-srebrne anielskie włosy. Sala podzielona została na dwie części – jadalną oraz salę balową, przeznaczoną do tańców. W jadalnej stanęło 12 okrągłych stołów dziesięcioosobowych, przykrytych białymi obrusami i srebro-złotymi bieżnikami. Na stołach pojawiła się kryształowa zastawa oraz bukiety kwiatów i świeczniki. W powietrzu było czuć atmosferę podekscytowania, zapach kwiatów i świeżego powietrza.
             Eileen z nijaką miną obserwowała harpie przy pracy, nic jednak nie powiedziała. Zatrzymawszy się przy postumencie tronowym zauważyła, że obok królewskiego tronu i standardowych czterech  krzeseł, zostały dostawione jeszcze dwa oraz przepięknie zdobiona złoto-biała kołyska z śnieżnobiałym baldachimem.
Ach! Tak, goście – pomyślała i zbliżyła się do dziecięcej kołyski, gdzie na ręcznie wyhaftowanej złotą nicią wyprawce ujrzała imię dziewczynki – Eileenelle. Na jej do tej pory kamiennej twarzy pojawił się zalążek nieśmiałego, lecz prawdziwego uśmiechu. Samo wspomnienie tego dziecka nie tyle ją radowało, co sprawiło, że jej plany snute kilkaset lat wcześniej nie spoczęły jednak na laurach i będzie mogła zdobyć to, co przed laty utraciła wraz z Alhirą.
W jej wyobrażeniach pojawiła się śliczna i atrakcyjna młoda kobieta o pszenicznych lokach do pasa, z przepięknym szczerym uśmiechem i lazurowym spojrzeniem. Mimo iż, była zrodzona w połowie z diabła, nigdy nie ukazała wampirycznej natury, nigdy też nie wystąpiła przeciw swojej prawdziwej rodzinie. Zawsze starała się żyć i być harpią, całkowicie odrzucając mroczną część siebie. Magia, która sprawiła, że została poczęta nigdy jej nie opuściła, dzięki temu mogła ją pielęgnować i stać się lepszym człowiekiem-harpią. Podobne wyobrażenie i nadzieję w stosunku do córki wampirzycy miała właśnie Eileen.
 Kiedy Noel oznajmił jej, że Viviene nadała swojemu dziecku imię rodu Eileenów, w pierwszej chwili zdziwiła się bardzo, ale również ucieszyła się, że wampirzyca doceniła w taki sposób pomoc i wsparcie ze strony harpii. Po raz kolejny ta dziewczyna i jej zachowanie w stosunku do jej rodu zaskoczyło królową. Od złotych oczu Viviene zawsze bił niesamowity spokój, nadzieja, jak również boleśnie doświadczona przeszłość. Nie była agresywna, jak reszta jej pobratymców, oddawała im należyty szacunek, ale też potrafiła być niezwykle szczera oraz niekiedy bezczelna w swoich osądach. Niemniej jednak, nigdy nie próbowała i najprawdopodobniej nigdy nie miała zamiaru wystąpić przeciwko Eileenom. Do jej umysłu powróciły wspomnienia ślubu swojego najstarszego syna, kiedy to dziewczyna tak doskonale się sprawowała przez cały okres pobytu w Norwegii czy podczas każdej wizyty w Eileenhill.
Zaraz jednak ponownie przywdziała maskę zobojętnienia na twarzy, ponieważ w jej kierunku zmierzała szybkim krokiem podenerwowana Elion. Siostrze królowej włosy sterczały we wszystkich możliwych kierunkach, a na twarzy widoczne były zaczerwienienia, prawdopodobnie od zbyt długiego przebywania na mroźnym powietrzu.
             - To się po prostu w głowie nie mieści, że zgodziłaś się urządzić bal dla tej wampirzej hałastry – wyraziła swoją opinię Elion na dzień dobry. – I to jeszcze z jakim rozmachem – dodała z sarkazmem, przyglądając się dekoracjom i sali balowej. – Szkoda, że do ostatniej chwili trzymałaś to w tajemnicy – rzuciła perfidnym tonem. – Czyżbyś spodziewała się zbytniego zaangażowania mojej osoby w tę uroczystość?
             - Ciebie siostro również miło widzieć – przywitała się królowa, całkowicie ignorując zarzuty młodszej harpii. – Mam nadzieję, że jazda konna umiliła ci poranek.
             - Och, przestań z tymi uprzejmościami – warknęła kobieta, ilustrując siostrę nienawistnym wzrokiem. – Nadal nie rozumiem, dlaczego odnawiamy kontakty z tymi… kanaliami, prawda jest taka, że powinniśmy trzymać się od nich z daleka – mówiła. – Ja wiedziałam, że błędem było wprowadzenia tej wampirzycy do naszego życia, ale oczywiście mnie w tej rodzinie nikt nie słucha – dodała wściekle.
            - Radziłabym ci ugryźć się w język, zanim powiesz coś, czego będziesz żałować Elion – zagrzmiała królowa, spoglądając na nią z wyższością. – Poza tym, to nie miejsce ani czas na tego typu rozmowy – dodała, spoglądając na pozostałe harpie, które znajdowały się w wielkiej sali.
             - A kiedy według ciebie będzie właściwa pora na omówienie tej kwestii – odpyskowała kobieta. – Lada chwila najadą nas Cullenowie…
             - Chodź za mną – warknęła nieprzyjemnie królowa w jej kierunku, po czym szybkim krokiem weszła do pomieszczenia przynależącego do sali balowej.
             - Ty razem to ja nie rozumiem twojej postawy Elion – odezwała się Eileen poważnym głosem, kiedy już obydwie harpie były same. – Dlaczego nie potrafisz zaakceptować moich decyzji, za każdym razem musisz je podważać? – Prychnęła i spojrzała prosto w siostrzane oczy. – Dobrze wiesz, że potrzebujemy tego sojuszu jak jeszcze nigdy – ściszyła głos do minimum. – Tylko tak możemy zapewnić naszemu gatunkowi przetrwanie, zwłaszcza w tak niespokojnych czasach.
             - Naprawdę nie ma innego wyjścia?
             - Gdyby było nie musiałabym się płaszczyć przed kimkolwiek – odpowiedziała z niesmakiem. – Dla mnie Elion to też nie jest wygodna sytuacja, zrozum.
             - Nie potrafię – odpowiedziała szczerze. – Nie umiem.     
             - To chociaż spróbuj dla tego dziecka – spojrzała królowa na siostrę z nadzieją. – Eileenelle jest jak Alhira…
            - Ten bękart nigdy nie… - zaczęła z ponowną wściekłością, lecz królowa ponownie jej przerwała.
             - To krew z twojej krwi – powiedziała kobieta w turkusie. – A o ile dobrze pamiętam – Ponad życie, za życie i przez życie – zaczęła recytować. - Krew z twojej krwi będzie moją krwią - czczoną, poważaną i chronioną przez wieki wieków – Eileen zrobiła krótką pauzę. -  Krew za krew, życie za życie, śmierć za śmierć.
            W pomieszczeniu zapadła cisza. Przez dobrych kilka sekund kobiety usilnie wpatrywały się w swoje oblicza, na których dominowały maski zobojętnienia. Eileen była całkowicie pewna swoich racji, wiedziała, że tylko w ten sposób będzie mogła zabezpieczyć przyszłość swojego rodu. Pobudki i zachowanie młodszej siostry nie tylko ją zniesmaczyły, ale przede wszystkim nie potrafiła zrozumieć, dlaczego Elion jest tak uparta jak przysłowiowy osioł. Nie zamierzała się jej podporządkować, ani tym bardziej dać się zmanipulować czy podpuścić tanimi sztuczkami i zagrywkami młodszej siostry.
 - Decyzja została podjęta i jest niepodważalna – oznajmiła królowa tonem nie znoszącym sprzeciwu.
 - Niech ci będzie – wtrąciła niezadowolona brunetka. – Jednak pozwól, że zadam ci jeszcze jedno pytanie – to powiedziawszy założyła dłonie na piersiach i spytała perfidnym tonem. -  Czy Noel wie, jakie masz plany w stosunku do tego wampirzego dzieciska?
             - Powiem tak, mój syn zrobi wszystko, co tylko będzie konieczne, by zadbać o nasz gatunek i królewską krew – odpowiedziała od razu blondynka, nie dając tym samym satysfakcji siostrze, która ewidentnie liczyła na jakiekolwiek potknięcie królowej.
             - Czyli nie powiedziałaś mu – stwierdziła z błyskiem w oczach.
             - Dowie się w odpowiednim momencie, tak jak reszta – sprecyzowała.
             - Zatem… - zaczęła brunetka, jednak nie dane jej było skończyć.
             - Zatem – zaczęła Eileen. – Zatem teraz przystaniesz dążyć już ten temat i grzecznie zaczniesz wypełniać swoje królewskie obowiązki – sarknęła królowa, po czym opuściła pomieszczenie by udać się do swoich komnat.
             - Jak sobie życzysz, Wasza Wysokość – odparła kobieta, kłaniając się siostrze, jednak z jej ust nie zniknął złośliwy uśmieszek.

~*~

             - Dojeżdżamy – zaanonsował William. – Poprawcie krawaty i wygładźcie kiecki – dodał puszczając do nas perskie oko.
            Gdy tylko audi zatrzymało się pod rezydencją na nasze spotkanie wyszła podekscytowana i uśmiechnięta Claudia z Noelem w podobnym nastroju oraz Alyson i Eternal – dwie młodsze siostry następcy tronu, o dziwo z uśmiechem skierowanym w naszym kierunku. Wysiadłam z samochodu z gracją, poprawiłam sukienkę i odpięłam fotelik Esmeliss. W międzyczasie William przejął ode mnie nosidełko i obdarzył mnie ciepłym uśmiechem, który od razu odwzajemniłam, a zaraz potem chwycił mnie za rękę. Sekundę później dołączyła do nas reszta rodziny.
             - Serdecznie witamy w naszych skromnych progach – oznajmił nam Noel z radością. – Williamie, Viviene, Esmeliss – skinął głową. – Carlisle, Jasperze, Isabello.
             - Wasza Wysokość, bardzo dziękujemy za zaproszenie – odpowiedział mój ukochany, a cała nasza piątka również skinęła głową. 
             - Przyjemność po naszej stronie – odezwała się Alyson. – Proszę, to dla ciebie – powiedziała dziewczyna, wręczając mi bukiet białych lilii.
             - Och! – Byłam ewidentnie zaskoczona jej reakcją. – Dziękuję, Wasza Wysokość – ponownie skinęłam głową, tym razem w kierunku Alyson.
             - A to musi być Esmeliss – wskazała rozczulającym głosem siostra Noela. – Śliczny aniołek, tylko spójrz Eternal – zwróciła się do siostry, nie spuszczając oka z mojej córki.
             - Podobna do mamy – powiedziała po chwili harpia i posłała mi również uśmiech. – I do taty również – dodała, puszczając perskie oko do Williama.
            Spojrzałam na mojego narzeczonego, jak tylko mógł starał się maskować swoje zaskoczenie zachowaniem Eileenów, bowiem nie do tego nas przyzwyczaili.
             - Wiem, że chciałbyś teraz coś powiedzieć albo pomyśleć, ale lepiej nie próbuj – szepnęłam mu po wampirzemu, gdy udałam, że poprawiam kocyk Lissy.
             - Carlisle, Jasperze, Isabello poznajcie proszę moje młodsze siostry – zaczął Noel, zwracając się do reszty naszej rodziny. – Eternal i Alyson.
             - Cieszymy się, że możemy was poznać – odpowiedział z uśmiechem Carlisle.
             - Zapraszamy do środka – przejęła dowodzenie Claudia. – Bagażami zaraz się ktoś zajmie, a tym czasem rozgośćcie się w bawialni.
             - Dziękujemy – dodałam i podążyłam zaraz za orszakiem.
            Spojrzałam na resztę Cullenów, którzy w Eileenhill bawili po raz pierwszy, ich miny jak na razie były bez zarzutu. Z ogromnym zaangażowaniem i zainteresowaniem słuchali harpii oraz podziwiali zabytkowe wnętrza pałacu. Nie mówili za dużo, zgodnie z moją sugestią, jedynie grzecznie odpowiadali na pytania. Po krótkiej wizycie w bawialni zostaliśmy zaprowadzeni do apartamentu, który składał się z trzech sypialni i dużego przestronnego salonu z wyjściem na balkon. Wnętrze było całkowicie do naszej dyspozycji, dzięki czemu mogliśmy swobodnie się po nim poruszać, nie przeszkadzając przy tym pozostałym mieszkańcom rezydencji. W pomieszczeniach dominował klasyczny minimalizm, biel, beż, złoto i srebro. Nigdy nie byłam w tej części pałacu, więc tym bardziej byłam podekscytowana, że odrywałam kolejne zakamarki Eileenhill.
             - I jak wam się podoba? – Spytałam Bellę, Jaspera i Carlisle, kiedy już byliśmy sami w salonie. – Eileenhill?
             - Na razie w porządku – odezwał się Jasper, podziwiając krajobraz za oknem.
             - Mi się bardzo podoba – dodała Bella, kołysząc Lissę w ramionach. – Rezydencja robi wrażenie, naprawdę – przyznała szczerze.
             - Siostry Noela również wydają się być miłe i sympatyczne – powiedział ojciec, siadając na kanapie. 
             - Ja mam nadzieję, że nie tylko będą się wydawać miłe i sympatyczne – rzuciłam szeptem. – Ale rzeczywiście nimi będą.
             - Możemy mieć nadzieję – dodał William, spoglądając na mnie. – Musisz sama przyznać Viviene, że zaskoczyło cię ich powitanie – stwierdził i zaraz dodał. – Bo mnie całkowicie księżniczki zbyły z tropu. 
             - Zaskoczyło i to bardzo, ale w pozytywnym znaczeniu – odpowiedziałam ukochanemu. – Jak widzisz zapewnienia Noela nie poszły na marne.
             - To dopiero początek naszej wizyty Vi – odparł chłopak z dystansem. – Zobaczymy, co też harpie szykują na później – spojrzał wymownie na zegarek i zwrócił się już do wszystkich zebranych. – Mamy dziesięć minut na przebranie się i spotkanie z królową, tak w gwoli przypomnienia drodzy państwo.
             - No tak, nie możemy się spóźnić – powiedziałam poważnie. – Punktualność jest cechą królów – zaśmiałam się melodyjnie i zwróciłam się do żony mojego brata. – Chodź Bello. Czas wcisnąć się w kiecki od Alice.
             - Te balowe? – Zdziwiła się dziewczyna.
             - Te koktajlowe – sprecyzowałam przy okazji teatralnie przewracając oczami. – Na balowe kreacje przyjdzie czas później.
             - Szykujcie się dziewczyny – przejął inicjatywę Carlisle. – A my zaopiekujemy się naszą księżniczką – wtrącił biorąc Esmeliss w objęcia, która swoje błękitne oczy skierowała na jego uradowaną twarz. – No witam panienkę – zwrócił się do dziecka. – Kto tak ślicznie uśmiecha się do dziadka? Co? – Dodał pieszczotliwie.
            Spojrzałam przelotnie na ojca i uśmiechnęłam się pod nosem, wiedziałam, że Lissa jest bezpieczna, więc spokojnie postanowiłam zająć się sobą. Zmieniłam klasyczną błękitną sukienkę na tiulową jasno beżową, bardziej elegancką, której dopełnieniem była atłasowa, granatowa wstążka, która przechodziła w pasie oraz na ramionach. Bella postawiła również na beż, tyle że z kwiatowym żakardowym motywem. Obydwie pozostawiłyśmy rozpuszczone włosy, których delikatne fale okalały nasze blade oblicza.  Złote oczy zostały obramowane wachlarzem gęstych rzęs, a usta pomalowałyśmy jedynie błyszczykiem. Kiedy ponownie weszłyśmy do salonu, na nasz widok cała trójka zaniemówiła wpatrując się w nas z niemałym zachwytem.
             - Wiecie, że wyglądacie jak bliźniaczki – odezwał się William.
             - Przesadzasz – machnęła ręką Bella.
             - Will ma rację – potwierdził Jasper, przyglądając się nam uważniej. – Nora ma teraz taki sam odcień włosów jak ty Bello.
             - Poza tym – wtrącił Carlisle, nadal trzymając Esmeliss w ramionach. – Obie jesteście wampirzycami o bursztynowo-złotych oczach, jesteście podobnego wzrostu, no i sukienki macie w tej samej tonacji kolorystycznej. 
             - Jakoś tak nigdy się nam nie przyglądałam razem – odpowiedziałam, ilustrując wzrokiem bratową, a potem siebie. Ciemno czekoladowe włosy, mleczna karnacja, duże złote oczy i sukienki w tym samym kolorze – zgadzało się wszystko.
– Ale… - dodałam zaraz po oględzinach. – Możecie mieć i rację – zaśmiałam się.
             - Ciekawe czy harpie też to zauważą? – Odezwała się Swan, uśmiechając się do mnie radośnie.
             - Cóż, wkrótce się przekonamy – powiedziałam i przejęłam drzemiącą córkę od taty.
            Lissa otworzyła na chwilę swoje śliczne oczka, by sprawdzić kto najprawdopodobniej tym razem będzie ją tulił, by zaraz potem ponownie oddać się drzemce. Ucałowałam dziewczynkę w czółko i poprawiłam jej opaskę na głowie.
Nie zamierzałam ze swojego dziecka robić widowiska czy też lansować ją na modną księżniczkę w tiulach i woalach. Dlatego też, ubrałam Lissę w śliczne szydełkowane body z sukienką wykończone delikatną koronką w kolorze bieli.
            Dziesięć minut później podążyliśmy na wyczekiwane spotkanie z królową.

~*~

Kilka godzin później,

            Przygotowanie do balu zajęło nam trochę czasu, na szczęście mój ukochany, Jasper i Carlisle przebrani w odświętne smokingi fachowo sprawowali pieczę nad rozbudzoną Esmeliss, dzięki czemu miałam możliwość spokojnego przygotowania się do uroczystości. Wiedziałam, że bal na część wdrążenia Lissy do społeczeństwa harpii będzie wydarzeniem niezwykle ważnym, nie miałam jednak pojęcia, że królowa oraz reszta Eileenów zrobią z tego wydarzenia imprezę na miarę gali Oskarów, festiwalu filmowego w Cannes czy Wenecji.
            Ale od początku, po oficjalnym przedstawieniu rodzinie królewskiej mojej córki oraz reszty mojej rodziny, zostaliśmy zaproszeni na podwieczorek w jednej z oranżerii przynależącej do pałacu. Gdzie oprócz rodziny królewskiej dołączyło do nas kilka osób znanych mi tylko z widzenia, a mianowicie osoby towarzyszące dwóch obecnych już księżniczek oraz weselne kuzynki Noela i Alana. Jedzenie powoli przestawało mi już smakować, ale mimo to, czułam się w obowiązku i z racji dobrego wychowania spożyć posiłek razem z harpiami, podobnie z resztą jak pozostali Cullenowie. Ku zdziwieniu niektórych Eileenów, nie pokazaliśmy po sobie jakkolwiek, że mamy problem z konsumowaniem ludzkiego jedzenia. Właściwie to popijana jaśminowa herbata w towarzystwie muffinów, babeczek, ciast i kilkuwarstwowych tortów stała się idealnym tłem do kulturalnej i swobodnej rozmowy między nami, a harpiami.
            Wracając jednak do meritum, oczywiście najwięcej uwagi skupiała na sobie Esmeliss, ponieważ dzięki niej tam się właśnie znaleźliśmy. Królowa Eileen była bardzo uprzejma i niezwykle miła, mogłabym powiedzieć, że jak jeszcze nigdy, co tym bardziej utwierdzało moją hipotezę, że harpie chcą stworzyć nową więź relacji między nami.
            Moja córka wędrowała z rąk do rąk, co musiałam przyznać bardzo jej się podobało. Swoimi wielkim lazurowymi oczkami bacznie wszystko obserwowała, aż zaczęłam się zastanawiać, czy aby nie zaczyna już rozumieć, gdzie się znalazła i kim są poszczególne osoby wokół niej. Zaraz po wystawnym podwieczorku Carlisle, Jasper i Bella zostali zaproszeni na zwiedzanie pałacu i okolicznych błoni, którym przewodniczyła Claudia oraz jedna z sióstr Noela. W międzyczasie ja wraz z Williamem mogliśmy zająć się Lissą, która zdążyła już zgłodnieć, a także widać było, że zaczynała być śpiąca, a przecież na wieczornym balu musiała być w pełni sił.
            Kończyłam właśnie układać włosy, wpięłam w kok ozdobną spinkę i zabrałam się za makijaż oczu. W tym samym momencie do pokoju wszedł William, który przystanął na chwilę, a nasze bursztynowe oczy spotkały się w lustrzanym odbiciu. Na moich ustach pojawił się delikatny uśmiech, a zaraz potem ponownie skupiłam się na tworzeniu makijażu, jednak nie dane mi było go ukończyć. Na swoim karku poczułam serię zmysłowych pocałunków i silne męskie dłonie na ramionach.
 - Wyglądasz zjawiskowo – szepnął mi do ucha mój ukochany, podziwiając moją twarz w odbiciu lustra.
 - Bardzo ci dziękuję – odpowiedziałam uradowana, sięgając przy okazji po pędzel do pudru. – Ale jeszcze nie skończyłam.
 - I tak jesteś śliczna – dodał całując mnie w szyję, a następnie w policzek, w tym samym czasie jego dłonie powędrowały na moją talię skrytą pod warstwą satynowego szlafroka.
Po moich plecach przebiegł przyjemny dreszcz, dłoń zastygła w powietrzu, a na ustach pojawił się jeszcze szerszy uśmiech. Doskonale bowiem zdawałam sobie sprawę, do czego dążył William.
 - Rozpraszasz mnie – odezwałam się zgodnie z prawdą.
 - Wiem – odpowiedział hipnotyzującym niskim głosem, całując zagłębienie obojczyka i jednocześnie ściągając mi szlafrok z ramion, który uwidocznił górę koronkowego gorsetu.
 - Will – szepnęłam z przyganą, jednak pozwoliłam na dalsze romantyczne poczynania narzeczonego. 
 - Hm? – Zasugerował, nie przerywając składania pocałunków na moim dekolcie i obejmując mnie ciaśniej w tali.
 - Ty już dobrze wiesz, co – odpowiedziałam, przygryzając automatycznie dolną wargę i uśmiechając się do niego słodko.
 - Wiem? – Spytał jak gdyby nigdy nic i jego wargi z ogromną siłą naparły na moje.
Oddałam pocałunek i zachichotałam, kiedy już oderwaliśmy się do siebie.
 - Wiem, że wiesz – wtrąciłam już na poważnie, obracając się do niego twarzą. – Ale niechętnie muszę ci jednak przerwać.
 - Naprawdę, niechętnie? – Spytał z zawoalowaną ironią w głosie.
 - Naprawdę – przyznałam i obdarowałam go krótkim całusem.
 - Teraz wierzę – odparł.
 - Kocham cię najbardziej na świecie, Will – powiedziałam. – Ale pozwól mi się ubrać, dobrze? – Sprowadziłam chłopaka z chmur na ziemię, poprawiając szlafrok. – Jest już późno, a muszę jeszcze zapewne pomóc Belli i przebrać Esmeliss.
 - Bella kazała ci przekazać, że sama świetnie da sobie radę – wtrącił się młody wampir. – A o Lissę się nie martw, zaraz się nią zajmę osobiście.
 - Ty? – Spojrzałam na niego z lekkim niedowierzaniem.
 - To moja córka, co w tym dziwnego – oznajmił mi pewnym głosem.
 - Mówiłeś, że koronki i jedwabie, to klimaty nie dla ciebie – wypomniałam mu, uśmiechając się przy tym sarkastycznie.
 - Mówiłem tak, bo nie miałem jeszcze córki – odparł i zaraz dodał. – Poza tym – spojrzał na mnie pożądliwie. – Nie mam nic przeciwko koronkom, zwłaszcza na tobie – uśmiechnął się pięknie.
 - Pójdziesz już sobie, czy też nie? – Zażartowałam.
 - Skoro tak ładnie prosisz – wtrącił wesoło.
 - Bardzo dziękuję – odparłam i wróciłam do malowania.
Półgodziny później pojawiłam się równo z Bellą w salonie naszego apartamentu w pełni gotowa do królewskiego balu. Tak jak się spodziewałam, nasi panowie zaniemówili na nasz widok. Z uśmiechem spojrzałyśmy z Isabellą na siebie, po czym sprawnie przybiłyśmy sobie piątki.
Żona mojego brata prezentowała piękną, jasno beżową suknię z ręcznie malowanym kwiatowym motywem niebieskich niezapominajek. Strój doskonale podkreślał jej szczupłą sylwetkę i pięknie eksponował dekolt oraz talię. Ja postawiłam natomiast na jeden kolor – pudrowy róż, w towarzystwie koronkowych kwiatów, organzyny i jedwabnego tiulu. Suknia cudownie rozszerzała się ku dołowi, tworząc iście balową kreację, a talia zaznaczona została złotym paskiem z cekinowymi zdobieniami. Ponadto sposób w jaki sukienka opadała mi na ramiona bardzo mi się podobał – taka romantyczna elegancja.
             - To co? Możemy tak pójść na bal – Spytała Bella niby od niechcenia. - Bo jeśli nie, to możemy się z Viviene zaraz przebrać...
             - Nie! – Odpowiedzieli chórem panowie, co było mega zabawne.
             - Wyglądacie bosko – oznajmił William, nie mogąc ode mnie oderwać wzroku. – Warto było czekać na taki efekt – dodał już w myślach.
             - Wy też prezentujecie się przyzwoicie – wtrąciłam podziwiając trzech mężczyzn ubranych w szare, identyczne smokingi skrojone na wymiar.
             - Świetnie – zaklaskała w dłonie brunetka z pięknym uśmiechem. – W taki razie poprawimy wam tylko muszki – podeszła od razu do Carlisle. – I możemy ruszać.
             - A gdzie Lissa? – Spytałam, spoglądając w kierunku kołyski.
             - A tutaj – odpowiedział William z uśmiechem, biorąc moje maleństwo w ramiona. – Chodź, pokażesz się mamie Esmeliss – zwrócił się do dziecka, które wesoło zagaworzyło.
            Dziewczynka została przebrana w uroczą, falbaniastą sukienkę z jedwabiu w kolorze bieli oraz kremowy sweterek i opaskę. 
             - I co, Vi? – Zwrócił się do mnie ukochany. – Jak ci się podoba tatusiowy wybór sukienki? – Spytał, poprawiając małej ubranko.
             - Tatusiowy? – Prychnął pod nosem niezadowolony Jasper. – Dobre sobie.
             - Kochanie – przyznałam szczerze, uśmiechając się do wampira. – Jestem pod wrażeniem twojego tacieżyństwa, jak również zmysłu fashion mojego brata – Spojrzałam w kierunku Hale. – 25 lat małżeństwa z Alice coś cię jednak nauczyło, moje gratulacje Jasper.
             - No wreszcie ktoś mnie docenił – dodał na stronie wampir z uśmiechem.
             - Skąd wiedziałaś? – wtrącił William, zwracając się do mnie bezpośrednio.
             - Też cię kocham – oznajmiłam najbardziej oczywistą prawdę z możliwych i pocałowałam go w policzek.
             - Nie chciałbym wam przerywać – odchrząknął Carlisle, spoglądając na mnie i Willa z radością. – Ale chyba musimy się zbierać – wskazał na drzwi w których pojawił się Noel odświętnie ubrany.
             - Drogie Panie – zwrócił się do mnie i Belli książę. – Wyglądacie cudownie.
             - Bardzo dziękujemy – odpowiedziała moja szwagierka.
             - Jeśli jesteście gotowi, to możemy ruszać i dołączyć do orszaku królowej – oznajmił nam chłopak.
             - Oczywiście – odezwał się William nad wyraz poważnym tonem. – Prowadź proszę, Wasza Wysokość.
            Posłałam piękny uśmiech harpii i zaraz potem dołączyliśmy do pozostałych gości honorowych. W związku z tym, że Will trzymał Esmeliss w ramionach, moją osobą towarzyszącą został ojciec, który ochoczo oddał mi swoje ramię, natomiast zaraz za nami podążyła Bella z Jasperem.
            Kiedy dotarliśmy na miejsce oniemiałam z wrażenia, lecz nie tylko ja, bowiem sala balowa, stoły w części jadalnej, odświętnie ubrane towarzystwo, które grzecznie uśmiechało się do nas oraz cała oprawa przedsięwzięcia zapierała dech w piersiach każdemu.
             - No to dali czadu – usłyszałam podekscytowany szept Willa tuż przy swoim uchu.
             - Szkoda, że nie ma tu Alice – dodał Jasper, rozglądając się dookoła. – Była by w siódmym niebie.
             - Będzie miała jeszcze jedno wesele do zorganizowania, więc sobie odbije – dodała na jego stronie Bella z szelmowskim uśmiechem, zerkając wymownie w moim kierunku.
             - Słyszałam – odwróciłam się do dziewczyny niespodziewanie.
             - To bardzo dobrze – skwitowała Isabella, zupełnie nie przejmując się moim komentarzem.
            Pokręciłam głową i postanowiłam jak na razie nie poruszać tego tematu, skupiłam się ponownie na balu na cześć mojej córeczki. Gdy już zostaliśmy doprowadzeni na swoje miejsca – moje i Williama na podwyższeniu zaraz obok pięknej kołyski, a reszty naszej rodziny tuż za nami, do sali zaczęli wchodzić pozostali członkowie rodziny królewskiej.
            Pierwsza pojawiła się Elion, w rozłożystej, tiulowej sukni w kolorze bladego błękitu i w wysokich czarnych rękawiczkach. Jej włosy zostały upięte w ciasny kok, do którego dołączono czarną woalkę. Zdziwiłam się odrobinę widząc kolor czarny, który u harpii podobno wywoływał szewską pasję, jednak chwilę później, widząc spojrzenie siostry królowej, nie miałam wątpliwości, dlaczego kobieta zdecydowała się na taki akcent kolorystyczny. Jej wyraz twarzy sugerował jasno i wyraźnie, że nie chciała tutaj być i nie chciała nas tutaj widzieć, niemniej jednak nic nie mogła zrobić, ponieważ decyzje w tej rodzinie podejmowała królowa. Skłoniłam głowę, kiedy harpia na dłużej zatrzymała wzrok na naszej szóstce, kobieta jednak udała, że tego nie zauważa i stanęła na swoim miejscu.
            Jako drugie w sali balowej pojawiły się siostry Noela – Alyson i Eternal, ubrane niemal w identyczne kremowe suknie, przywodzące na myśl kreacje królowej śniegu. Niezwykle lekkie i zwiewne materiały, falbany i mnóstwo złotego zdobienia na gorsetach.  Dziewczęta uśmiechały się do nas przyjaźnie, więc od razu odwzajemniliśmy ich pozytywną energię. Również skłoniliśmy głowy, by oddać im szacunek z racji królewskiego pochodzenia.
            Zaraz za księżniczkami naszym oczom ukazali się Claudia i Noel. Moja przyjaciółka zaprezentowała się w rozłożystej złotej sukni z długim rękawem, która uszyta została ze święcącej tafty, jedwabnego tiulu i organzyny. Piękną bladą twarz dziewczyny okalała tym razem burza delikatnych jasno pszenicznych loków do ramion, w których to połyskiwała królewska tiara, ta sama którą wampirzyca otrzymała w dniu ślubu. Następca tronu pojawił się w złoto-szarym fraku wyjściowym, który doskonale dopasował się do kreacji Claudii. Młode małżeństwo z uśmiechem i radością podążyło na swoje miejsce, wcześniej jednak obydwoje spojrzeli w naszą stronę, skupiając swoją uwagę na Esmeliss.
            Chwilę później do naszych uszu doszedł dźwięk trąb oznajmiający przybycie królowej. Wszyscy zebrani w wielkiej sali pośpiesznie opuścili głowy na znak poddania i szacunku, kiedy Eileen dostojnym krokiem sunęła, a właściwie frunęła w stronę tronu. Suknia królowej już na pierwszy rzut oka wyglądała na arcydzieło sztuki krawieckiej, nieprzypominającej żadnej innej sukni na owym balu. Bajecznie zdobiony gorset złotą koronkową taftą podkreślał drobne kształty królowej, by od pasa w dół, niczym odwrócony kwiat piwonii zaprezentować  poddanym niezwykle zwiewną, rozłożystą spódnicę w kolorze kości słoniowej, ciętą i układaną w asymetryczne plisy, wykonaną z najdelikatniejszego materiału przypominający szyfon. Na jasno-pszenicznych włosach zaczesanych w dość oryginalną fryzurę znalazła się królewska korona z błękitnym diamentem.
            Eileen wśród ochów i achów swoich poddanych zasiadła na swoim tronie by oficjalnie rozpocząć celebrację balu. Uroczystość została podzielona na trzy części. Podczas pierwszej, wszyscy poddani zgromadzeni w wielkiej sali mogli bliżej podejść, zobaczyć i oddać Esmeliss należyty szacunek z racji królewskiego tytułu oraz wręczyć jej podarki. Harpie z olbrzymią ciekawością, a także pozytywnymi emocjami przyglądali się mojemu dziecku, ofiarując jej mnóstwo kwiatów i przepięknie opakowane pudełka z prezentami. Każdą harpię razem z Williamem żegnaliśmy z uśmiechem, skinieniem głowy i cichym - dziękuję, by jakoś odwdzięczyć się Eileenom, a także pokazać im, że szczerze i z oddaniem traktujemy ich gatunek. Kiedy po czterdziestu minutach zakończyła się pierwsza część imprezy, przeszliśmy do obficie zastawionych stołów w sali jadalnej. Natomiast zaraz po kolacji rozpoczęły się tańce, wyczekiwane chyba najbardziej przez poddanych królowej.
            Pierwszy taniec zainicjowała oczywiście Eileen przy asyście swojego pierworodnego syna Noela, do którego dołączyła reszta rodziny królewskiej oraz pozostałe harpie mające bezpośredni związek z rodziną królewską. Kiedy szesnaście par pojawiło się na parkiecie w sali rozległy się pierwsze tony poloneza. Jak się później okazało pierwszy taniec balowy to jeden z najważniejszych jak i najpiękniejszych tańców, którego mogliśmy być świadkami tego wieczora.
             - Dlaczego ty nie tańczysz? – szepnęłam w kierunku Claudii, która siedziała obok mnie.
             - Bo nie umiem – odpowiedziała z cichym chichotem. – Poza tym, nie miałabym z kim tańczyć – wskazała brodą na królewski orszak tańczących.
             - Jak to nie miałabyś z kim? – Spytałam szczerze zdziwiona.
             - Odpowiem ci tylko jednym słowem – etykieta – wtrąciła i wzruszyła ramionami. – A teraz nie gadaj, tylko skup się na tańcu, bo naprawdę warto.
            Już chciałam sarkastycznie skomentować temat ichniejszej „etykiety”, kiedy Claudia zwróciła moją uwagę na to, co działo się przed nami. Moja przyjaciółka miała absolutną rację, to w jaki sposób harpie prowadziły się na parkiecie było niezwykłym widowiskiem. Eileenowie nie tańczyli, nie kroczyli w rytm na trzy, a płynęli w takt delikatnej melodii fortepianu, skrzypiec, wiolonczeli, oboju, fletów i trąbek. Człowiek patrzył na owe widowisko i nie chciał tak naprawdę by się skończyło. Sylwetki zarówno pań jak i panów doskonale prezentowały się w ruchu, a gracja z jaką tańczyli niejednego gościa obecnego na uroczystości przyprawiało o uczucie zazdrości. Wielkość figur tanecznych, kroków, obrotów, dygnięć była oszałamiająca, niemniej jednak tancerze wykonywali je perfekcyjnie. Zachwycona spojrzałam na ukochanego, którego wyraz twarzy był podobny do mojego.
             - Coś wspaniałego – zwrócił się do mnie mentalnie. – O dziwo, sam chciałbym tak tańczyć.  
            Posłałam mu cudowny uśmiech i ponownie skupiłam się na podziwianiu tańczących. Kiedy utwór dobiegł końca Eileenowie w burzy oklasków schodzili z parkietu bardzo zadowoleni z siebie.
             - Wasza Wysokość – zwrócił się do Eileen mój ojciec, kiedy ta dotarła już do stolika przy którym siedzieliśmy razem podczas kolacji. – Pozwól proszę, że pogratuluje Państwu tańca, to było cudowne widowisko – skłonił głowę, oddając królowej swoje uznanie.
             - Bardzo dziękuję, Carlisle – odpowiedziała królowa z uśmiechem na ustach i zaraz dodała. – Mam nadzieję, że przy kolejnym utworze będziemy mogli podziwiać wasze umiejętności taneczne.
             - Z pewnością – odparł nonszalancko mój ojciec i zwrócił się do mnie. – Zatańczysz, Elen?
             - Z wielką przyjemnością – przyznałam i z uśmiechem pozwoliłam poprowadzić się na parkiet.
            Zaraz do naszej dwójki dołączyła również Bella z Jasperem, William z Claudią, jak również pozostali goście bawiący się na balu. Ponownie do naszych uszu doszła piękna melodia i rozpoczęły się kolejne tańce, między innymi walc. Kilka minut później ponownie wirowałam na parkiecie, tym razem z Noelem, a Will z moją bratową, kiedy ponowie wróciliśmy na swoje miejsca z moim ukochanym naszą uwagę przykuła ziewająca i wiercąca się w ramionach Claudii moja córeczka. Spojrzałam na Williama, a zaraz potem ponownie na Esmeliss, która zaczęła głośno domagać się mojej uwagi.
             - Chodź laleczko – zwróciłam się do dziecka z pięknym uśmiechem, przejmując przy okazji dziewczynkę od przyjaciółki. – Chyba czas na karmienie i spanie – oznajmiłam pozostałym. – Mam nadzieję, że wybaczycie nam, ale będziemy musieli was opuścić.
             - Ależ oczywiście, że nie – odezwała się Eileen, a zaraz potem wstała od stołu i podeszła do mnie. – To zupełnie zrozumiałe, ale… chciałabym z wami zamienić jeszcze słówko – dodała na stronie. – Może odprowadzę was chociaż do dziedzińca.
            Z lekkim zdziwieniem wymalowanym na twarzy przytaknęłam, nie do takiego zachowania bowiem przyzwyczaiła nas królowa. Pożegnaliśmy się zatem z resztą towarzystwa i szybkim krokiem ruszyliśmy za Eileen.   
             - Jeśli to nie problem – zaczęła królowa, kiedy byliśmy już sami. – Chciałabym, aby Esmeliss – spojrzała z rozczuleniem na dziewczynkę, która wierciła się w moich ramionach. – Kiedy już będzie wystarczająco duża, oczywiście, spędzała u nas wakacje albo ferie.
             - Och – udało mi się jedynie wydusić. – To doprawdy…
             - Chciałabym, żeby dziecko miało kontakt z nami – zaczęła wyjaśniać kobieta z uśmiechem na anielskiej twarzy. – Jesteśmy prawie rodziną, dlatego cieszyłabym się, gdyby Eileenelle mogła i chciała poświęcić nam odrobinę uwagi – mówiąc to spojrzała tym razem na mnie. – Tak jak oświadczyłam wcześniej, chcemy pielęgnować i utrzymywać ten sojusz, przede wszystkim dla dobra tej kruszyny – pogładziła dziewczynkę po policzku. – Ale również dla waszego i naszego gatunku. Konflikty i wojny, złość i zawiść nie prowadzą do niczego dobrego – posłała poważne spojrzenie w kierunku mojego narzeczonego.
             - Wasza Wysokość – zaczął William pogodnym tonem. – Nieco zaskoczyła nas twoja propozycja – chłopak spojrzał na mnie przelotnie, a ja mimowolnie przytaknęłam. – Ale nie wydaje mi się, żebyśmy mieli coś przeciwko, by nasza córka spędzała z wami wakacje, prawda skarbie? – zwrócił się do mnie.
             - Nie, oczywiście, że nie – posłałam kobiecie uśmiech. – Esmeliss ma tutaj rodziców chrzestnych i mnóstwo cioć, więc z pewnością będzie tu przyjeżdżać.
             - Och, to cudownie – zaklaskała w dłonie królowa. – Bardzo wam dziękuję.
             - To my dziękujemy za takie przyjęcie, Eileen – powiedziałam wzruszona. – I to bardzo.
             - Przyjemność po naszej stronie – odpowiedziała i zaraz dodała. – Dobrej nocy, zobaczymy się jutro na śniadaniu.
             - Do zobaczenia – pożegnaliśmy się.
            Kiedy królowa ponownie wróciła na bal, staliśmy z Williamem jeszcze przez kilka sekund na dziedzińcu by przyswoić wszystko to, co powiedziała i zaproponowała Eileen.  W pewnym momencie obydwoje zaczęliśmy się śmiać, sytuacja w jakiej się znaleźliśmy naprawdę wydała nam się przekomiczna. Szybko jednak doprowadziliśmy się do porządku i w wampirzym już tempie ruszyliśmy do naszego apartamentu.
             - Nie zważone są wyroki boskie – stwierdził Will, kładąc Lissę do snu. – Serio – szepnął.
             - Jestem tak samo zaskoczona jak ty, ale – stwierdziłam zaraz potem z entuzjazmem. – Cieszę się, że zaproponowała sama od siebie coś takiego.
             - Miejmy nadzieję, że mówiła to szczerze i, że za całą otoczką tego bajkowego przyjęcia, harpie nie knują czegoś przeciwko nam – dodał na stronie.
             - Niemożliwe – odpowiedziałam oburzona. – Nie wierzę, by Claudia, Noel czy Alyson świadomie chcieli skrzywdzić Esmeliss. Nie po tym, czego dokonali.
             - Claudia i Noel może i nie – wtrącił kręcąc głową. – Ale Eileen i Elion, to już zupełnie co innego.
            Spojrzałam na ukochanego zaniepokojona.
             - Stało się coś, co dało ci powód, by wątpić w ich słowa? – spytałam wampira. – Przecież dzisiejszy dzień, ten bal…
             - Nic się nie stało – odpowiedział od razu. – Ale…
             - Co „ale”? – Zrobiłam bojową minę, zakładając ramiona na piersi.
             - Te wszystkie cudowne słowa, które kierowała do nas królowa – powiedział wreszcie. – Nie wydały mi się szczere.
             - Jesteś strasznie podejrzliwy, wiesz – stwierdziłam popuszczając nieco z oskarżycielskiego tonu.
             - Przyglądałaś się dzisiaj Elion?
             - Will, wszyscy wiedzą, że Elion za mną i nami – wampirami nie przepada – przyznałam z westchnieniem. – To przez naszych pobratymców jej córka tak naprawdę pożegnała się z życiem, to przez nas straciła wnuczkę i pozostałe dzieci podczas Wielkiej Wojny – dodałam zaraz. – Jej niechęć i złość jest całkowicie zrozumiała, nic więc dziwnego, że patrzyła na nas nieprzychylnie.
             - To zupełnie co innego, Vi – wtrącił pewny siebie. – To nie złość, to pragnienie zła i pewnego rodzaju satysfakcja, że ona wie coś, o czym my nie mamy pojęcia.
             - Skąd wytrzasnąłeś taką teorię? – Zdziwiłam się.
             - To tylko obserwacja – spojrzał na mnie. – I dziwne przeczucie.
             - Przeczucie? – Sarknęłam tym razem.
             - Tak, przeczucie – odpowiedział lekko podirytowany. – Nie wierzysz mi, prawda?
             - Wierzę – odpowiedziałam po chwili, wpatrując się w jego złote oczy. – Ale, nie chcę, żebyś miał rację.  
             - Nie chcę jej mieć – dodał poważnym tonem, przygarniając mnie do siebie. – Niemniej jednak będę miał Eileenów na oku, tak dla świętego spokoju.
             - Nie martwmy się na zapas – posłałam mu swój najpiękniejszy uśmiech. – Możesz to dla mnie zrobić?
             - Dla ciebie wszystko – odpowiedział i nasze usta złączyły się w romantycznym pocałunku.
           
~*~

            Pierwsza do norweskiej rezydencji Cullenów weszłam ja, a zaraz za mną Bella i William z Esmeliss w doskonałych humorach. Do moich uszu doszło jeszcze przekomarzanie Carlisle i Jaspera na temat rodzajów zwierząt parzystokopytnych, które zamieszkiwały tutejsze tereny. Podróż minęła nam bardzo szybko, a przy okazji zapolowaliśmy na renifery, który stały się przedmiotem zaciętej dyskusji pomiędzy wampirami.
            - Cześć wszystkim – powiedziałam głośniej, wchodząc do salonu. – Wróciliśmy cali i o dziwo zadowoleni – stwierdziłam, a moja bratowa skwitowała to cichym chichotem.
            Zaraz jednak mój wzrok podążył po zgromadzonej w salonie rodzinie, których miny nie wróżyły niczego dobrego. W szczególności wyraz twarzy mojego biologicznego brata mnie przestraszył, automatycznie przystanęłam.
             - Ed? – Zaczęłam ostrożnie. – Coś się stało?
             - Edwardzie – odezwała się zaalarmowana Bella, podchodząc do męża. – Gdzie jest Renesmee? – Podążyła przestraszonym wzrokiem w kierunku Rosalie.
             - Jest w ogrodzie z Jacobem – odpowiedziała blondynka od razu. – Wszystko z nią porządku, nie martw się Bello.
             - Powiedzcie wreszcie, co się stało, że każdy z was ma taką minę, jakby co najmniej ktoś pożegnał się z życiem – próbował rozładować atmosferę Jasper, materializując się przy zmartwionej Allie.
            W moim umyśle pojawiła się w tej samej chwili jedna z myśli Edwarda, a właściwie jego wspomnienie wizji Alice.
            Znajdowałam się w znajomym dla mnie miejscu, o dziwo nie była to Norwegia, a leśna polana gdzie zwykle grywaliśmy w baseball, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Forks. Zachodzące słońce przebijało się przez korony najwyższych drzew tworząc na ukwieconej polanie wielobarwne i przyjemne dla oka mozaiki. W tym samym momencie spojrzałam na towarzystwo, które znalazło się naprzeciw mnie. Grupa ponad trzydziestu postaci w ciemnych pelerynach wpatrywała się we mnie wygłodniałym wzrokiem, kiedy głos zabrał jeden z nich, stojących na przedzie kolumny.
             - Nie uważacie, że już wystarczy – odparł spokojnie mężczyzna o długich do ramion, błyszczących kruczoczarnych włosach, jasnej, prawie białej cerze i czerwonych tęczówkach. – Dobrze wiecie, że tylko odwlekacie to, co nieuniknione.
             - To ty tak uważasz, Aro – z moich ust wydobył się wściekły ton.
             - Naprawdę chcecie tracić kolejne, bliskie waszym sercom osoby – dodał tonem kochanego dziadka. – Carlisle, Rosalie, Emmett, William – pokręcił z pożałowaniem głową, mówiąc dalej. – Tanya, Irina, Carmen, Damon, Elena, wasze… wilki. Mam wyliczać dalej? – Wtrącił z udawanym przejęciem.
            W tej samej chwili dostrzegłam, że mimo iż byłam wampirem to stałam dość niepewnie na dwóch nogach. Właściwie to z trudem utrzymywałam pion, gdyby nie Stefan, który podtrzymywał mnie za łokieć, to najprawdopodobniej bym upadła. Do moich nozdrzy doszedł zapach palonego wampirzego ciała.
             - Czego ty tak naprawdę chcesz? – Warknęła w jego kierunku wściekła Alice.
            Jej trupioblada twarz, ciężki oddech i poszarpane ubranie nie wróżyło nic dobrego. Poczułam na plecach nieprzyjemny dreszcz oraz gęsią skórkę na reszcie ciała.
             - Ależ to proste, układu – odparł podekscytowany wampir, zacierając przy okazji teatralnie dłonie.
             - Życie mojego dziecka za nasze umiejętności? – Spytał Edward z pogardą i wściekłością jednocześnie.
             - Och! Nie potrzebuje was wszystkich – zaśmiał się Volturi, przechadzając się z jednego końca polany na drugą. – Wystarczy mi tylko jedna persona, posiadająca wszystkie pozostałe talenty.
            Jego wzrok czerwonych tęczówek powędrował w moim kierunku, by zaraz potem zwrócił się do mojego brata.
             - Widzisz Edwardzie, odkąd poznałem twoją rodzoną siostrę, nie mogę przestać o niej myśleć – Ponownie władca wampirów skupił się na mnie. – Nie tylko piękna, ale i utalentowana – kłapnął zębami pożądliwie w moim kierunku, co automatycznie przyprawiło mnie o mdłości.
             -  Właściwie to powinienem Ci podziękować, Edwardzie – uśmiechnął się do niego perfidnie, kontynuując wywód. – Twoja wizyta w Volterze okazała się bardzo przyjemną w skutkach dla nas, jak widzę.
            Ostatnie, co pamiętam, to wściekłość na twarzy mojego brata i posyłające  w moim kierunku jego przepraszające spojrzenie.
              Wspomnienie brata zakończyło się, a ja wróciłam do teraźniejszości spazmatycznie  łapiąc powietrze. Moje synapsy mózgowe pracowały na zwiększonych obrotach, przypominając sobie wizję siostry jeszcze z tuzin razy.
Na miłość boską! – Krzyczały moje myśli. – Dlaczego?! DLACZEGO!
Widok polany, słowa Aro oraz ofiary, jakie ponieśliśmy w bitwie – Carlisle, Rosalie, Emmett, William, Tanya, Irina, Carmen, Damon, Elena, wilki. To właśnie ta ostatnia część wywołała u mnie napad histerii, wiedziałam bowiem, że nie przeżyje takiej straty, nie tym razem. William, William, William, błagam tylko nie on! Byłam wampirem i matką, a mimo to poległabym, nie miałabym siły już walczyć. Z szokiem  i strachem wymalowanym na twarzy wpatrywałam się w Edwarda oniemiała.
             - Coś ty jej pokazał? – Zagrzmiał nad moim uchem rozgniewany głos Williama, który trzymał mnie za ramiona. – Rose, możesz wziąć Esmeliss? – Zwrócił się do blondynki.
             - Tak, oczywiście – zerwała się z fotela panna Hale, biorąc od młodego wampira nosidełko.
             - Edwardzie – zganiła rudego Alice, powstając z kanapy. – Jak w ogóle mogłeś jej to pokazać?!
             - Viviene, tylko spokojnie – zwrócił się do mnie mój ukochany, jednak ja nie potrafiłam przystać na jego prośbę. – Oddychaj!
             - Do jasnej cholery, co się dzieje?! – Krzyknął Carlisle, wyprowadzony z równowagi. – Powiedzcie wreszcie!
             - Volturi – odpowiedział mój starszy brat wszystkim, posyłając mi takie samo spojrzenie, jak to w wizji Alice. – Volturi idą po nas.
           

 „Marzę o cofnięciu czasu. Chciałbym wrócić na pewne rozstaje dróg w swoim życiu,
jeszcze raz przeczytać uważnie napisy na drogowskazach i pójść w innym kierunku”

– Janusz Leon Wiśniewski